Motohistoria: Dekotora

AUTOBEZSENS

Motohistoria: Dekotora

Dziś będzie nietypowo jak na Autobezsens, bo o ciężarówkach. No ale, że temat osobliwej motoryzacji japońskiej dość często się pojawia na tym blogu, to i nie może zabraknąć zjawiska zwanego tam Dekotora.Generalnie chodzi o pojazdy wyglądające tak:Nie, to nie jest jednorazowy wybryk jakiegoś dziwnego człowieka. To jest cała motoryzacyjna subkultura. Ogólnie z tego co udało mi się do tej pory zaobserwować jeśli chodzi o przerabianie ciężarówek, to sprawa wygląda tak: Amerykanie robią wszystko w jednym stylu od mniej więcej połowy XX wieku, a większość ludzi z reszty świata naśladuje. Japończycy jednak tuningują ciężarówki w swój własny sposób. Totalnie inny od wszystkiego na drogach.Podobno wszystko zaczęło się od serii niskobudżetowych filmów Torakku Yaro, popularnej w latach 70-tych. Opowiadała ona o przygodach kierowców ciężarówek - takie kino akcji, którego chyba nawet reżyser nie traktował poważnie. Ale widzom się spodobało. To w sumie mogło być uznane za takie japońskie, ciężarowe Fast & Furious. I tak jak po premierze pierwszego F&F, tuning na jakiś czas wyszedł z rangi niszowego hobby i na ulicach zaroiło się od zmodyfikowanych do granic absurdu aut osobowych, tak kilkadziesiąt lat temu w Japonii, filmy Torakku Yaro zainspirowały rzeszę kierowców ciężarówek do pójścia w stronę ekstremalnego tuningu wizualnego swoich pojazdów. Choć tak samo jak w przeróbkach osobówek, zjawisko Dekotora istniało dużo wcześniej - odpowiednie filmy tylko je spopularyzowały. Udekorowane ciężarówki były popularne w północno-wschodniej części Japonii. Zazwyczaj woziły ryby.  Nazwa Dekotora (czasem pisana też jako Decotora) wywodzi się ze zbicia słów decoration (dekoracja) i torakku, będącego zjapońszczoną wersją angielskiego truck.tak, były też w formie modeli - do postawienia sobie na półkęW każdym razie typowa ciężarówka Dekotora wyglądała w owych czasach mniej więcej tak:  Jakieś oryginalne malowanie, dużo chromu, dodatkowe światła, mnóstwo dodatków we wnętrzu. W sumie jest to dość podobne do przerobionych ciężarówek w USA i Europie.A jeszcze bardziej do cięzarówek spotykanych do dziś w Indiach i Pakistanie.Japończykom się podobało. I to bardzo. Seria Torakku Yaro doczekała się z wielu części i kilkunastu naśladowców. A styl Dekotora ewoluował. I to w dość nieoczekiwanym kierunku.Z jakiegoś powodu, ludzie związani z tymi przerobionymi ciężarówkami zaczęli w latach 90-tych czerpać inspirację z serii Gandamu (Gundam) - opowiadającej o walkach gigantycznych robotów. Seria jest bardzo popularna w Japonii po dziś. Tylko jej fani mają pewien problem - nie bardzo można mieć na własność gigantycznego robota. No ale jak się ma ciężarówkę, to można ją przerobić w stylu robotów widzianych w filmie. No to przerabiano. I ten styl stał się najpopularniejszy po dzień dzisiejszy.Generalnie pojazd taki powoli przestał przypominać auto ciężarowe. Dziś, poza nielicznymi przypadkami trzymania się starego stylu (takie "retro"), Dekotora wygląda tak:Ekstremalne ilości chromu, ekstremalne ilości dodatkowych świateł, ekstremalnie kolorowo. No i wielkie zderzaki. WIELKIE! I WIĘCEJ ZDERZAKÓW! WIĘCEJ WIELKICH ZDERZAKÓW!!! Nawet zderzaki mają zderzaki!Do tego jeszcze jakaś totalnie odjechana zabudowa dachu! Na nim też często montuje się głośniki, z których rozbrzmiewa jakaś japońska muzyka.Całość jest pomalowana zazwyczaj w wizerunki postaci z mangi/anime. Względnie którejś z wielu ikon japońskiej popkultury. Albo coś zupełnie innego, kwestia inwencji właściciela. Oczywiście wszystko jest podświetlone.źródło: www.speedhunters.comWnętrze oczywiście również nie pozostaje seryjne. Montuje się w nim mnóstwo ekranów wyświetlających niewiadomo co (najlepiej coś z serii Gundam albo Torakku Yaro), do tego oczywiście tapicerka w krzykliwe wzory. Obszywa się nią absolutnie wszystko. Plus gadżety. Mnóstwo gadżetów! Nawet gadżety mają mieć gadżety! Im więcej, tym lepiej! Nieważne, czy potrzebne. I na koniec montujemy jeszcze dodatkowe oświetlenie wnętrza. Najlepiej na różne krzykliwe kolory. A skoro już przy oświetleniu jesteśmy - żyrandol w kabinie nie wcale jest czymś dziwnym w Dekotora. Do tego nagłośnienie: dużo głośników wszędzie. Silnik zazwyczaj zostaje seryjny, montuje się mu tylko najgłośniejszy dostępny układ wydechowy.Tak zmodyfikowanym pojazdem właściwie nie da się normalnie jeździć i wozić towarów. Choć niektórzy próbują i tak. Mimo to, ciężarówki Dekotora jeżdżą głównie na rozmaite zloty i spoty tuningowe. źródło: www.speedhunters.comOgólnie jest to czysty motoryzacyjny absurd - bierzemy auto użytkowe i czynimy je bezużytecznym. Ale mimo to, jeśli kiedykolwiek trafię do Japonii, to bardzo chętnie chciałbym zobaczyć przynajmniej jeden taki pojazd na własne oczy!A tymczasem można obejrzeć film z ciężarówkami Dekotora w "akcji":.

Wystawa Mercedesów Moto Retro

AUTOBEZSENS

Wystawa Mercedesów Moto Retro

W ostatnią niedzielę w białostockim muzeum motoryzacji odbyła się wystawa Mercedesów. Mimo, że akurat pakowałem się do wyjazdu, to postanowiłem tam choć na krótką chwilę zajrzeć. Oto co udało się sfotografować:Powitał mnie taki widok:No cóż... ja wiem, że tak generacja klasy C jest znana z rdzewienia, ale żeby od razu była z tego powodu zabytkiem?Druga strona parkingu też prezentowała się ciekawie:Ale przed wejściem do strefy Mercedesów było jeszcze lepiej:Supra w bardzo fajnym wydaniu - z zewnątrz niezbyt wiele zmian, pod maską za to dużo. I to dobrych.Z resztą to nie było jedyne japońskie auto w okolicy:Później oba widziałem jeszcze na całkiem przyjemnym spotkaniu posiadaczy japońskich aut.No ale wracamy do Mercedesów:Luksusy, luksusy, prestiż... nuda! Karetka była zdecydowanie ciekawsza:A tuż za nią czaił się Polonez:Amerykańskie zderzaki:Dwudrzwiowe Mercedesy z różnych lat miały całkiem silną reprezentację:Ależ mi się podoba wygląd tego modelu:Tu zaś jest dość ciekawa kolorystyka: I znów amerykańskie zderzaki:A skoro już przy Ameryce jesteśmy, to z tyłu czaiła się konkurencja z USA (Cadillac DeVille):W towarzystwie Opla:I Citroena (a nawet dwóch):Wracamy znów do Mercedesów. Były w stanie wystawowym:Jak i nieco mniej wystawowym:Co szczególnie dobrze widać na tym zdjęciu:Do odratowania, choć nie będzie łatwo:Ale jak już się uda, to w środku będzie wyglądał jakoś tak:Tymczasem tuż obok......pojawiły się skojarzenia ze znacznie późniejszym modelem Mercedesa, który wręcz zasłynął opadającym zawieszeniem (i nie tylko)Kombi to chyba obecnie najrzadziej spotykana wersja W123:No to jeszcze obowiązkowo jakiś diesel:Zaś na koniec coś z zupełnie innej beczki. Niedaleko muzeum wrasta sobie porządnie Laguna II:Ciekawe, czy zdąży uzyskać status zabytku, nim pochłonie ją asfalt?I to by było na tyle. Planowałem wprawdzie wpis o ciekawych autach z Newcastle, gdzie obecnie przebywam, ale to miasto jest nietypowe jak na Anglię. Zabytków architektury pełno (i to ciekawych!), ale w odróżnieniu od reszty UK, zabytków motoryzacji prawie nie ma. Dziwne. Muszę chyba lepiej poszukać.

Motohistoria: LincVolt

AUTOBEZSENS

Motohistoria: LincVolt

Dziś znów wpis mocno związany z muzyką (z resztą nie pierwszy raz na blogu: link). Przedstawię dziś dość nietypowy egzemplarz Lincolna, zwany LincVolt:Zaś teraz proponuję odpalić sobie w tle poniższy utwór (tekst może i bez sensu, ale jak to jest zaśpiewane i zagrane!): Dlaczego akurat trafia tu muzyka Neila Younga? No po pierwsze dlatego, że bardzo lubię słuchać jego grania. Zaś drugim powodem jest to, że LincVolt został skonstruowany na zlecenie właśnie tego artysty i stanowi jego własność.Zwykły kabriolet Lincoln Continental z 1959 roku został w tym wypadku przerobiony na pojazd hybrydowy. I to od razu na tzw. hybrydę szeregową - silnik spalinowy służy tylko jako generator dla silnika elektrycznego.Najpierw powstał prototyp - stworzeniem go zajął się Johnathan Goodwin z firmy H-Line Conversions. Nie ma o tym pojeździe zbyt wielu informacji, ale podobno generatorem był silnik Wankla pochodzący z Mazdy. Nie wiadomo niestety który, choć rekordowo awaryjny Renesis z modelu RX-8 mógłby być mocnym kandydatem jeśli konstruktorom chodziło o zdobywanie punktów absurdu. W każdym razie cokolwiek to było, zapewniało energię dla elektrycznego silnika o mocy 15 kW dostarczonego przez firmę UQM. Moc niewielka, ale to tylko prototyp.Następnie, gdy stwierdzono, że projekt daje jakąś tam nadzieję, przystąpiono do budowy na poważnie. Tym razem realizacją zajęła się firma Roy Brizio Street Rods we współpracy z Perrone Robotics, a także Johnattanem Goodwinem.Koncepcja nie została mocno zmieniona w stosunku do prototypu, lecz zamiast silnika Wankla, generatorem została mikroturbina spalinowa Capstone o mocy 30 kW. Zaś silnik elektryczny znów zamówiono w firmie UQM. Jednak tym razem był on znacznie mocniejszy - 145 kW. Do tego auto posiadało baterie litowo-żelazowo-fosforanowe firmy Thunder Sky. Mogły one być ładowane niezależnie od generatora, np. podczas postoju w garażu (plug-in-hybrid).Samochód został zaprezentowany podczas targów SEMA w 2010 roku. Prezentacji dokonał sam Neil Young. It's better to burn outthan it is to rust       - Neil Young "My my , hey hey (Out of the blue)"Długo nie pojeździło. Tego samego roku doszło do pożaru podczas ładowania akumulatorów. LincVolt został znacznie uszkodzony.Jednak podjęto decyzję o odbudowie i przy okazji ulepszeniu auta. Jako generator tym razem posłużył 4-cylindrowy silnik Forda (Duratec o pojemności 2,3 litra pochodzący z modelu Escape), pracujący w cyklu Atkinsona i napędzany biopaliwem (etanol celuozowy, uzyskiwany z drewna, słomy i niejadalnych części roślin). Połączono go z silnikiem elektrycznym UQM o mocy 145 kW. Naładowanie baterii zajmuje od godziny (gdy LincVolt się nie porusza i jest ładowany przez generator) do 6 godzin przy podłączeniu do sieci elektrycznej i wyłączonym generatorze. Zasięg w trybie czysto elektrycznym wynosi maksymalnie 50 mil (80 km), choc jak twierdzi sam Neil Young, zazwyczaj nie udaje mu się tak przejechać więcej niż 40 mil (64 km).W zeszłym roku zepsuło się i Neil musiał wzywać pomoc drogową. Do tego momentu LincVolt przejechał ponad 40 000 mil (około 64 000 km). Nie za wiele, jak do pierwszej awarii unieruchamiającej auto, no ale w sumie w słynnych 1.4 TSi bywa gorzej.Cóż, pewno znów zostanie naprawione i Neil Young będzie nim dalej jeździł. Choć do tej pory projekt kosztował już milion dolarów. Drogi, wolny, ciężki i awaryjny samochód elektryczny może nie jest najsensowniejszym pojazdem świata i nie stanowi zagrożenia dla aut spalinowych, ale ma jedną sensowną cechę. Pokazuje, że samochód elektryczny nie musi stanowić wizualnego koszmaru. Z jakiegoś powodu producenci ubzdurali sobie, że jak coś jest elektryczne to musi być paskudne - Nissan Leaf i wnętrze Tesli to tylko niektóre przykłady. Dobrze, że LincVolt pokazuje, że można inaczej.A tutaj Neil Young demonstruje LincVolta:Projekt ma też swoją oficjalną stronę: http://www.lincvolt.com/

Zbiór Dziwnych Fur część 11

AUTOBEZSENS

Zbiór Dziwnych Fur część 11

Znów czas na Zbiór Dziwnych Fur! Tym razem będzie Tucker w NASCAR (jako uzupełnienie wpisu z automobilownia.pl), motor z wielkim silnikiem i wyścigowy Panhard.1. Tucker NASCARDziwaczna konstrukcja znana jako Tucker Torpedo oczywiście miała swój epizod sportowy. Krótki i bez sukcesów, ale jednak. Generalnie już wiele razy na Autobezsensie starałem się udowodnić, że nie ma czegoś takiego jak pojazd zbyt absurdalny, żeby się nim ścigać. Jeśli coś się porusza, to znaczy, że nadaje się do zawodów i tyle.źródło: http://blog.hemmings.com/Rzecz działa sie w najwcześniejszych latach NASCAR, kiedy zdecydowana większość torów (o ile nie wszystkie) miała jeszcze luźną nawierzchnię.30-go maja 1950 roku, na półmilowym, owalnym torze Canfield Speedway, w wyścigu zwanym Poor Man's 500 (genialna nazwa). Wbrew nazwie, wyścig nie miał 500 mil, a tylko 100 (200 okrążeń). Stanowił on jedną z rund serii NASCAR Grand National.źródło: http://blog.hemmings.com/Tucker został wystawiony przez zespół, którego sponsorem był sprzedawca używanych samochodów - Joe Nagel. Niestety, kierowca Joe Merola, nie ukończył nawet pierwszego okrążenia - w aucie awarii uległa tylna oś. Szkoda, nietypowy rozkład masy Tuckera mógłby mu może dać pewną przewagę na luźnej nawierzchni Canfield Speedway. Wyścig wygrał Bill Rexford jadący Oldsmobile 88 - dzięki temu został on mistrzem serii Grand National.Znalazłem też plotki o dwóch innych startach Tuckerów - podobno miały się one odbyć na torach Vernon Fairgrounds i Monroe County Fairgrounds. Jednak w wynikach NASCAR z tamtych lat nie widnieje ani jeden Tucker. Możliwe więc, że auto było zgłoszone, lecz nie wystartowało.W każdym razie, przynajmniej próbowano. I zachowały się zdjęcia. Podobno wyścigowy Tucker miał numer nadwozia 1023 i zachował się do czasów obecnych.2. Jagged EdgeW UK jak się nudzą, to tworzą tzw. forumowe projekty (o których był ostatni wpis). Czasem mam wrażenie, ze Wielka Brytania jest ojczyzną absurdalnych przeróbek różnych pojazdów. Niekiedy nawet te modyfikacje zostają ukończone. Tak było w przypadku motocykla Jagged Edge.Choć to w sumie nie modyfikacja, a praktycznie budowa od podstaw. Do samodzielnie zaprojektowanej ramy wepchano 5,3-litrowe V12 Jaguara. I żeby upewnić się, że nie zabraknie mu mocy, dołożono dwie turbosprężarki od jakiegoś diesla Peugeota (nie udało mi się ustalić, od jakiego). Za przeniesienie napędu odpowiada skrzynia z Yamahy XS1100. Jakimś sposobem wepchano jeszcze sprzęgło od Land Rovera 110. Widać, że koła pochodzą z Kawasaki GPZ1000RX.Nie wiadomo jak to jeździ, wiadomo tylko, że ma około 400 KM mocy maksymalnej i 542 Nm maksymalnego momentu obrotowego. Kilka lat temu było na sprzedaż, jako "do dokończenia" - jak przystało na porządny projekt. Cena wynosiła około 3000 funtów. Nie wiadomo, czy znalazł się kupiec.3. Panhard X89To auto stanowi dla mnie obecnie pewną zagadkę. Praktycznie nic nie mogę o nim znaleźć, a wygląda na to, że ma ciekawą historię (zazwyczaj im trudniej znaleźć jakieś motoryzacyjne informacje, tym są fajniejsze). Samochód był napędzany dwucylindrowym silnikiem boxer, o pojemności 0,9 litra. Aerodynamiczne nadwozie zostało zaprojektowane przez argentyńskiego inżyniera, Marcela Riffard.W wyścigu 24h Le Mans w 1953-cim roku, Panhard X89 dojechał do mety na 20-stym miejscu. Kierowcami byli Charles Plantivaux i Guy Lapchin.Wygląda na to, że po tym jednym starcie, projekt został przejęty przez zespół Monopole - możliwe, że w przyszłości pojawi się wpis o tych samochodach.A poza tym, można sobie kupić model Panharda X89 w skali 1:43:

Przemyślenia: forumowe projekty

AUTOBEZSENS

Przemyślenia: forumowe projekty

Motoryzacja jest niesamowicie zróżnicowana. Właściwie każdy może znaleźć auto odpowiadające swoim wymaganiom: FWD, RWD, AWD, sedan, kombi, hatchback, coupe cabrio, SUV, terenowe, sportowe itd. itp. Można kupić i jeździć w sporcie, na co dzień, w terenie, jak kto lubi. Ale niektórym to nie wystarcza. Są osoby, które patrzą na to wszystko i myślą: "Pfff, ja zrobię lepiej! I pokażę to światu!". I wtedy powstaje tzw. projekt. Czyli totalna przebudowa zwykłego auta w niezwykłego niszczyciela supersamochodów. Z niejasnych przyczyn, najwięcej takich osób jest na internetowych forach motoryzacyjnych. 1. ProjekciarzOsobnik taki, na potrzeby wpisu nazwijmy go "Projekciarz", loguje się na forum miłośników danego modelu (zazwyczaj jakiegoś taniego i popularnego, np. Opel Astra, Honda Civic, VW Golf) i zakłada temat w dziale nazywającym się "Nasze auta" lub podobnie.Tam, gdzie pozostali użytkownicy prezentują swoje samochody po jakichś lekkich, fajnych modyfikacjach (ładne felgi, lekko obniżone zawieszenie, jakieś proste zmiany w silniku, w co lepszych wypadkach swap na mocniejszy), Projekciarz wjeżdża ze swoją rewolucją. Po pierwsze zakłada krzykliwy temat np. "Mazda 323 turbo-kompresor-AWD-Nitro by [nazwa użytkownika]". Niemal zawsze musi być to angielskie "by", żeby podkreślić jaki to światowy poziom prezentuje projekt. Ewentualnie jakieś inne angielskie słówka, najczęściej napisane z błędami.2. Założenia i marzeniaPo otworzeniu tak zachęcającego linku, oczom użytkowników ukazuje się kompletnie seryjna Mazda (Opel/Honda/itd. - marka nieistotna) i opis wielkich planów. Planów zdobycia świata zakładając właśnie wszystkie wymienione w tytule tematu rzeczy do tej właśnie Mazdy.Wtedy pojawia się grupowa reakcja użytkowników forum. Można ją streścić w słowach "Czy Ty wiesz ile to będzie kosztować!?".I tu reakcje Projekciarza mogą być dwie. Pierwsza, ta niezmiernie rzadko występująca, brzmi "wiem i odłożyłem od groma kasy, żeby to zrealizować". Znacznie częstsza jest jednak taka: "Wiem, ze to wydaje się drogo, ale myślę, że przy odrobinie kombinowania da się zrobić tanio, hehe".No i się zaczyna. W temacie pojawiają się zdjęcia kolejnych, okazyjnie kupionych elementów - używana, chińska turbosprężarka, kompresor wyciągnięty z jakiegoś Mercedesa itd. itp. Oczywiście żaden z tych elementów nie jest jeszcze zamontowany na samochodzie. No i po drodze są zmiany koncepcji. A to będą dwa kompresory. A to dwie turbosprężarki. A to dwa kompresory i turbosprężarka. Albo dwie turosprężarki i kompresor. A do tego ma być klatka bezpieczeństwa. Z profili kwadratowych, bo tanie. A silnik w ogóle może zostanie przeniesiony w miejsce tylnej kanapy. Albo powstanie auto z dwoma silnikami (przy okazji - sporo o takich pojazdach już było na blogu: link)! W założeniu ma to nakręcać atmosferę na forum. Bo przecież cały projekt na pewno się uda i patrzcie wszyscy jaki jest wizjonerski!3. Zniechęcacz i ObrońcaNo i nakręca! Zazwyczaj w tym momencie pojawiają się dwa typy użytkowników: Zniechęcacz i Obrońca. Zniechęcacz pod każdym postem Projekciarza pisze rzeczy w stylu "to nie ma szans się udać", "to turbo jest do bani" itd. itp. Obrońca natomiast wytyka Zniechęcaczowi, że sam filtra powietrza nie umie zmienić, a tu wymądrza się co do wyboru turbosprężarki itd.itp. Dyskusja szybko przechodzi do obrzucania się błotem i tak trwa aż przyjdzie Moderator/Administrator i rozda ostrzeżenia/bany. Po czym temat zostaje zamknięty na jakiś czas.Po jego ponownym otwarciu, Projekciarz wrzuca nowe zdjęcia. Tym razem nie jakichś elementów mających robić moc, tylko np. kolorowych nakrętek do felg. I samych felg - chińskich, używanych jakiejś marki, o której nikt nie słyszał. No ale były tanie i będą tak pięknie wyglądać jak już projekt będzie ukończony. No bo przecież będzie! Pojawiają się jakieś tam pozytywne/negatywne komentarze, a auto dalej wrasta pod płotem (obok stoi tzw. "krajzega" - bez niej w tle żadne wrastanie auta nie w końcu jest kompletne). Przy aucie leży turbosprężarka i kompresor (dalej zwane "elementami mocy"). Nadal niezamontowane. Potem mamy jeszcze fotografie kolejnych zakupów - nakładki na pedały, gałka zmiany biegów itp. nic niewnoszące dodatki. Zniechęcacz z Obrońcą znów się kłócą.4. Czas spawać metal i krzesać iskry!Po pewnym czasie następuje wielki dzień, czyli rozpoczyna się przejście z części zakupowej do realizacji. Czyli zdemontowanie maski, zderzaka, a także wielu elementów silnika, by móc w końcu założyć przyrdzewiałe już nieco elementy mocy. Obrońca triumfuje, bo przecież jak już się zaczęło, to teraz będzie z górki! Tak przecież mówi Projekciarz! Zniechęcacz boi się odezwać, żeby znowu Moderator się nie przyczepił. Temat w tym momencie ma już kilkaset stron, a auto nadal stoi pod płotem i wrasta. No i faktycznie jest już z górki. Pojawia się np. kolektor wydechowy pospawany elektrodą z czego popadnie (bo taniej). No i jakieś zdjęcia przymiarek turbo do kolektora (na tzw. trytytki lub taśmę klejącą). Oczywiście nie pasuje.Potem jest próba sprzedaży turbosprężarki bo "zmieniła się koncepcja". I albo nikt nie chce jej kupić i wszystko zostaje jak jest, albo transakcja jednak dochodzi do skutku. Wtedy zostaje zakupione inne, większe turbo i po krótkiej awanturze Zniechęcacza z Obrońcą, trafia ono na ten byle jak pospawany kolektor. W międzyczasie Projekciarz pokazuje zdjęcia sportowej kierownicy, sportowych foteli itd. Podobna procedura jest z z zamontowaniem kompresora. Po czym przechodzimy do napędu na cztery koła i okazuje się, że nadwozie jest kompletnie zardzewiałe od stania pod płotem. I tak dalej, i tym podobne.Po jakimś czasie zainteresowanie tematem znika, bo nawet Zniechęcacz i obrońca mają już go dość i znudzili się zabawą. Projekciarz jeszcze parę razy pokazuje zdjęcia sportowego licznika itp. ale nikomu nie chce się już tego nawet komentować. Projekciarz sam traci zainteresowanie swoim autem, no bo jak nikt nie komentuje już na forum, to po co robić?5. EpilogMniej więcej pół roku po tym wszystkim następuje koniec historii. Albo projekt zostaje ukończony i na ulicę/tor wyjeżdża faktycznie auto zgodne z pierwotnymi założeniami. Zdarza się to mniej więcej w 1% przypadków, a i to tylko tych realizowanych z gigantycznym budżetem (który i tak został wielokrotnie przekroczony). W zdecydowanej większości jednak, na tym samym forum Projekciarz pisze pewien post w dziale "Giełda" (lub podobnym). Brzmi on mniej więcej tak: "Sprzedam niedokończony projekt auta turbo kompresor AWD nitro! Wszystkie części do poskładania są w zestawie! Ewentualnie sprzedam poszczególne części!"Nikt nic nie kupuje... Kurtyna!6. PodsumowanieGeneralnie to ja każdemu takiemu projektowi kibicuje. Choć rzadko kiedy wierzę, że zakończy się sukcesem. No ale zawsze jest ten 1% szans, że powstanie fajne auto. Co do reszty... Ja mam często  wrażenie, że te wszystkie projekty nie służą w ogóle budowie ciekawego samochodu. Raczej mają na celu robić szum na forum, na zasadzie "patrzcie jakie mam fajne pomysły!". Może taniej byłoby w ogóle auta i części nie kupować? No ale wtedy nawet jeden Obrońca się nie znajdzie i temat na forum nie będzie miał kilkuset stron! Doprawdy, ciężkie jest życie Projekciarza...7. DisclaimerWszelkie podobieństwo do faktycznych forumowych projektów czysto przypadkowe.

Motohistoria: Jamajska motoryzacja

AUTOBEZSENS

Motohistoria: Jamajska motoryzacja

Dziś temat o aucie z  Jamajki. O takim:Dlatego jako tło muzyczne do wpisu proponuję włączyć jakiś utwór Boba Marleya, np. "Could you be loved":Jamajka kojarzy się większości osób z muzyką reggae, Rastafarianami, rumem i marihuaną. Oraz bardzo fajnym dialektem/językiem zwanym Jamaican Patois. Zdecydowanie nie z motoryzacją. No ale za sprawą pewnej firmy może się to zmienić. Światowego rynku może nie zawojują, ale stworzyli pojazd, który zostaje opisany na Autobezsensie, a to już coś (?). Do rzeczy więc:Na Jamajce istnieje firma Excel Motors (czekamy na Word Motors, Outlook Motors i Power Point Motors). Założyciel, pan Patrick Marzouca (który ma dyplom inżyniera mechanika zdobyty na University of Florida), w 2003 roku postanowił zbudować samochód. Nie jest to pierwszy taki przypadek w jego rodzinie - podobno jego ojciec wraz z wujkiem skonstruowali kiedyś samochód własnego pomysłu. Niestety, nie ma żadnych zdjęć tego auta. Wróćmy jednak do bohatera dzisiejszego wpisu.Jamajski pojazd nazywa się Excel Island Cruiser. Jest to niewielkie, dwudrzwiowe auto, z otwartym nadwoziem, wykonanym z włókien szklanych, sprowadzanym z Kolumbii. Czyli całkiem lekkim.  Generalnie trudno jest znaleźć jakiekolwiek dane techniczne tego samochodu. Wiadomo tylko, ze ma silnik 1.5 z Toyoty (niestety, nie wiadomo której) i osiąga prędkość maksymalną 170 km/h. Napęd jest przekazywany chyba tylko na przednie koła (choć to ciężko potwierdzić). Silnik jest łączony z automatyczną skrzynią biegów o pięciu przełożeniach. Do tej pory powstało przynajmniej 65 sztuk modelu Island Cruiser. Niezbyt wiele jak na ponad 10 lat. Ale firma jakoś się trzyma i w 2010 roku rozpoczął się eksport 30 egzemplarzy na pobliskie wyspy Turks i Caicos. Podobno jakiś lokalny biznesmen otwierał tam firmę zajmującą się wynajmem aut i Island Cruisery miały stanowić podstawę oferty. Wybrano je dlatego, że są ponoć bardzo trwałe i dobrze wykonane. W każdym razie owo wydarzenie było dość szeroko komentowane jako pierwszy (i chyba jak na razie jedyny) przypadek eksportu samochodów z Jamajki. Poniżej filmik prezentujący auto:Niestety nie wiadomo, co dzieje się z Excel Motors w 2016 roku. Czy dalej produkują Island Cruisera, czy też może zakończyli działalność.Podobno Island Cruiser nie jest jedynym produktem firmy. Zbudowali także przynajmniej jeden egzemplarz roadstera w stylu lat 30-stych, nazwanego Gabrielle, którego zdjęcie wrzucam poniżej:A poza tym znalazłem informacje o modelach Wasp i pickup, jednak nie udało mi się wyszukać żadnych zdjęć tych aut, ani tym bardziej danych technicznych.A Wy, drodzy czytelnicy, możecie teraz chwalić się znajomym wiedzą o jamajskiej motoryzacji!

Motohistoria: Kanjozoku

AUTOBEZSENS

Motohistoria: Kanjozoku

Temat japońskich wyścigów ulicznych powraca znów na Autobezsensie. Było już o Mid Night, teraz czas przenieść się w nieco inną część Japonii. Do Osaki. Poznamy dziś grupę zwaną Kanjozoku.źródło: speedhunters.comKilka lat temu trafiłem w internecie na pewien film, fragment magazynu JDM Insider. Przedstawiał on grupę Hond Civic jadących z absolutnym brakiem poszanowania dla przepisów ruchu drogowego. Z jednej strony wyglądało to głupio, z drugiej fascynująco. Okazało się, ze tak wyglądają wyścigi uliczne w Osace. Jeżdżą po drodze zwanej Kanjo. I przez parę lat więcej informacji nie udawało mi się zdobyć. No ale teraz co nieco się znalazło, to może być z tego wpis. Film zaś możecie zobaczyć poniżej:Czym jest Kanjo? Tak nazywana jest obwodnica miasta Osaka. Jest szeroko, jest równo i jest trochę zakrętów. Czyli w sumie idealne warunki by pojeździć jakimś lekkim, zwinnym autem. Problem tylko w tym, że jest tam ruch uliczny. W dzień spory, w nocy nieco mniejszy, ale zawsze. Dla jednych jest to problem, dla Kanjozoku ("zoku" w japońskim oznacza "grupę", czasem nawet bywa tłumaczone jako "plemię") - niekoniecznie.źródło: speedhunters.comLata 80-te i 90-te w Japonii to pełny rozkwit wyścigów samochodowych. Producenci samochodów uznawali motorsport za idealną reklamę i poligon doświadczalny. Jednym z tych producentów była Honda. Model Civic nie dość, że dominował w swojej klasie w najbardziej prestiżowych japońskich seriach wyścigowych, to jeszcze organizowano jednomarkowy puchar. Mała Honda, od swojej trzeciej generacji, wpisała się do świadomości klientów jako zwinny, szybki, dostępny cenowo, samochód. Który przy okazji jest zupełnie praktyczny w użytkowaniu na co dzień. Nie minęło wiele czasu, aż fani Hondy i wyścigów zaczęli modyfikować swoje auta tak, by przypominały to, co widać na torach. A jak już ktoś ma auto przypominające wyścigowe i trafi na tak przyjemny kawałek drogi jak pętla Kanjo, do tego spotka jeszcze podobnego sobie osobnika, to wiadomo czym to się może skończyć. Oczywiście wyścigiem. Tylko niezbyt legalnym.źródło: speedhunters.comZ nie do końca zrozumiałych powodów (w końcu to nie jedyny kawałek fajnej drogi w Japonii), wielu kierowców w Osace oszalało na punkcie ścigania się swoimi Hondami po Kanjo.Fenomen ten zaczął się w latach 80-tych, kiedy na drogach królowała jeszcze trzecia generacja Civica, a na dobre rozkręcił się wraz z wejściem na rynek czwartej. Przez koniec lat 80-tych i niemal całe 90-te pętla Kanjo rozbrzmiewała co wieczór echem wysokoobrotowych silników Hondy.Dlaczego akurat Civic? Bo jest lekki, ma świetne zawieszenie i bardzo mocne silniki. A do tego jest nieduży, więc łatwo go zmieścić pomiędzy auta biorące udział w normalnym ruchu ulicznym. Podobno Kanjozoku próbowali różnych aut i wyszło im, że Honda najlepsza. Każdy szanujący się streetracer w Osace miał Civika. Nie zawsze legalnie zdobytego - mała Honda była jednym z najczęściej kradzionych aut w tamtym regionie. Po prostu masz Civika, pewnej nocy ktoś ci go kradnie, a parę dni później, taki sam Civic pędzi po Kanjo z prędkością daleką od dozwolonej. Plotki mówią, że w szczycie popularności wyścigów ulicznych w Osace, jak ktoś posiadał Civika, to automatycznie uznawano, że ma się ścigać. Jak się nie ścigał, to znaczy, że można mu to auto ukraść. Wręcz absurdalnie brzmi pewna informacja, na którą trafiłem: ponoć niektórzy wręcz prosili streetracerów o pozwolenie na posiadanie Hondy Civic do jazdy na co dzień - wtedy podobno taki wóz nie był kradziony. Nie chce mi się w to wierzyć. No ale to Japonia, a tam się rożne dziwne rzeczy dzieją.W każdym razie gdy już taki streetracer zdobył Civika (kupując lub kradnąc), przystępował do przeróbek. Silnikowo zazwyczaj decydowano się na jednostkę B16 lub B18 (1.6 lub 1.8 litra 150-190 KM zależnie od wariantu). Ale pozostawiano ją seryjną lub też modyfikowano w bardzo niewielkim zakresie. Na Kanjo bardziej od mocy potrzebna była zwinność.źródło: speedhunters.comDlatego skupiano się przede wszystkim na redukcji masy - wywalając wszystko ze środka i tnąc niepotrzebne wzmocnienia. Do tego często montowano skręcaną klatkę bezpieczeństwa. Plus ewentualnie modyfikacje zawieszenia i dobre opony. Podobno czasem nawet wyścigowe slicki - skoro i tak auto ściga się nielegalnie, do tego czasem jest i kradzione, to kwestia czy opony są dopuszczone do ruchu, uznawana była za pomijalną. No a takie opony może akurat pozwolą uciec przed policją. A jak się nie uda? Częstą praktyką było porzucenie auta. A żeby utrudnić panom w mundurach pracę, numer VIN był wycinany, a samochody nie miały tablic rejestracyjnych (albo miały fałszywe). Dlatego miedzy innymi przeróbki były ograniczane do minimum - jeśli auto wpadnie w ręce policji, to przynajmniej nie stracimy wiele pieniędzy. I będzie można kupić/ukraść nowe. Inną praktyką stosowaną dla zmylenia policji, było częste przemalowywanie aut. Zazwyczaj w barwy przypominające samochody z legalnych wyścigów. Oczywiście do malowania nikt się specjalnie nie przykładał. Raz, ze zaraz trzeba będzie znowu przemalowywać. A dwa, że ciągle istniało ryzyko rozbicia auta, albo skonfiskowania go przez policję.źródło: speedhunters.comJakby tego było mało, dla zwiększenia szans na zachowanie anonimowości, montuje się też siatki w okna, takie jak w samochodach wyścigowych. Tylko tu poza bezpieczeństwem, utrudniają one rozpoznanie kierowcy. Do tego wielu używa masek hokejowych, które stały się niemal symbolem Kanjo.źródło: speedhunters.comNo dobra, mamy auto bez tablic, z wyciętym VIN, kradzione, z nielegalnymi przeróbkami. Pojawia się więc pytanie, jak tym dojechać na Kanjo? No nie trzeba dojeżdżać! Wystarczy wynająć garaż w okolicy,  do którego dotrzemy np. komunikacją publiczną. A potem przesiadka do Hondy i jazda!  źródło: speedhunters.comA jak już pędzimy po krętej drodze, to przyjemniej robić to w grupie. Kierowcy szybko zaczęli się łączyć w grupy. Najbardziej znane to: Temple Racing, Topgun Racing, Club Wharp, Law Break, No Good Racing, Late Riser. Rywalizacja między nimi była ponoć bardzo zacięta. Czasami po wyścigach dochodziło nawet do bijatyk.źródło: speedhunters.comźródło: speedhunters.com źródło: http://thekanjozoku.comOrganizowano sobie wyścigi, a rywalizacja była ponoć bardzo zacięta. Z resztą nie zawsze chodziło o to kto będzie pierwszy w jakimś umówionym punkcie. Często tylko o samą jazdę z jak największymi prędkościami, po zakrętach, między ruchem ulicznym. I nie, nie unikano szczególnie policji. O ile kierowcy Mid Night ścigali się pomimo tego, że było to nielegalne, to Kanjozoku ścigają się PONIEWAŻ jest to nielegalne. Pojawia się radiowóz? No to zajeżdżamy mu drogę, blokujemy w kilka aut i jest zabawa. Głupie, niebezpieczne. Ale przyznajmy się, czy każdemu z nas nie pojawia się teraz nutka zazdrości? Ta myśl "ech, też bym tak chciał rzucić wyzwanie policji"? No ale większość z nas tą myśl szybko odrzuca. A Kanjozoku nie.Policja w końcu miała dość. Pod koniec lat 90-tych japońscy panowie w mundurach zabrali się za Kanjozoku na poważnie. Nie mieli wyboru - zabawa w nielegalne wyścigi wymknęła się totalnie spod kontroli i zaczęło dochodzić do wielu wypadków. Część Kanjozoku wini młodsze pokolenie. Inni winią siebie za to, że nie przekazali nowym członkom tej osobliwej społeczności odpowiednich wytycznych, by jednak starać się zachowywać bezpiecznie (jak na warunki wyścigów ulicznych), tak jak robili to kierowcy Mid Night.Wiele osób trafiło do więzienia. Inni stwierdzili, ze nie warto ryzykować i dali sobie spokój z wyścigami. Ci którzy nie chcieli porzucać nocnego ścigania musieli na jakiś czas też przestać i poczekać aż sprawa nieco przycichnie.  No i poczekali. Dziś Kanjozoku jest zdecydowanie mniej, niż dawniej, ale nadal zdarza im się pojawiać na słynnej trasie. Rywalizacja zespołów poszła na dalszy plan - teraz ponoć liczy się jedność. Choć zespoły nadal istnieją. Jeżdżą głownie ludzie pamiętający czasy świetności wyścigów na Kanjo. Dziś już mają po około 40 i więcej lat, ale nadal im się to nie nudzi. Jest też ponoć spokojniej - bardziej na zasadzie przyjacielskiej rywalizacji i wspólnego spędzania czasu, niż poważnego ścigania. Niektórzy mają nadzieję, że te czasy jeszcze powrócą, gdy młodsze pokolenie zainteresuje się znów ściganiem.Z jednej strony ściganie się w ruchu ulicznym jest bez sensu. Ale z drugiej... kto choć raz nie chciał spróbować?Ogólnie polecam przejrzenie materiałów dostępnych na stronie http://thekanjozoku.com - jest tam ciekawy reportaż z podróży do Japonii i spotkania z Kanjozoku.A tak poza tym: nie próbujcie tego w domu! Domy są za ciasne i nie ma się w nich gdzie rozpędzić. Ulica jest zdecydowanie lepszym miejscem na takie zabawy!**dla czytających to prawników i obrońców moralności: powyższa wypowiedź ma charakter żartu (beznadziejnego, ale jednak) i nie powinna być traktowana poważnie. Autobezsens absolutnie nie popiera wyścigów ulicznych - autor jeździ w prawdzie Hondą Civic, ale przepisowo.

Motohistoria: 200 tS i inne wcielenia Astry F

AUTOBEZSENS

Motohistoria: 200 tS i inne wcielenia Astry F

W e-booku o GM opublikowanym nie tak dawno na stronie poznajemysamochody.pl (dawniej zlomnik.pl) napisano dużo o rozmaitych wcieleniach Opla Kadetta kilku generacji. Ostatnią był Kadett E, którego produkowano pod absurdalną liczbą marek. W jego następcy, czyli modelu Astra F było już nieco normalniej, ale też miała sporo wcieleń, o których w tamtym e-booku nie wspomniano. Jako, że posiadam od jakiegoś czasu Astre F, to postanowiłem zrobić na swoim blogu uzupełnienie. Początkowo chciałem opisać tylko południowoafrykański model 200 tS, ale potem stwierdziłem, że można by zrobić większy przegląd wcieleń tej generacji oplowskiego kompakta.WstępAstra F weszła na rynek w 1991 roku, a oferowano ją w Niemczech do 1998-go. Była dostępna jako hatchback (trzy- i pięciodrzwiowy), sedan oraz kombi. Do tego we Włoszech budowano wersję cabrio - w zakładach Bertone.Samochód miał przez te lata bardzo bogatą ofertę silnikową. Od podstawowych 1.4 60 KM, po 2.0 150 KM z wersji GSi (ale przedliftowej). Plus diesle 1.7. Ogólnie auto jest w naszym rejonie Europy bardzo znane i popularne do dziś, dlatego nie ma co się nad nim rozpisywać. Ale warto spojrzeć, w jakich ciekawych postaciach była oferowana nieco dalej od Niemiec.1. RPA - Astra/Kadett 200 tSZaczynamy od zdecydowanie najciekawszego wariantu Astry F. Historia powstania tego auta jest też interesująca. Po tym jak GM wycofał się z RPA w 1986 roku, powstała spółka Delta Motor Corporation. Jej szefem był Bob Price, który do tej pory pracował w GM. Ogólnie w fabryce nadal produkowane były auta amerykańskiego koncernu, tylko teraz były robione na licencji. Jednym z nich była Astra F. Oczywiście jak to już bywa z autami GM, trzeba było coś namieszać z nazwami. Wersje hatchback do 1999 roku występowały na rynku południowoafrykańskim jako Kadett, zaś sedan i kombi nosiły nazwę Astra.źródło: http://www.astra-gsi.euAstrę/Kadetta F produkowano w wersjach z silnikami 1.4, 1.6, 1.8 i 2.0 litra, oznaczonymi odpowiednio 140, 160i, 180i oraz 200i. Ale szefowie Delty chcieli oferować coś jeszcze. Otóż zobaczyli oni w Astrze F auto, które może pokonać... BMW. I to M3 serii E36! No cóż, jak widać nie byłem pierwszym, który stwierdził, że Astra F to lepszy wybór od E36.W każdym razie chodziło o stworzenie auta, które będzie bazą do budowy wersji wyścigowej - miałaby ona startować w wyścigach RPA (gdzie jeździło właśnie E36 M3). A przepisy stanowiły wtedy, że aby samochód z danym silnikiem był dopuszczony do rywalizacji, to musi powstać wersja drogowa. Przy projektowaniu wersji drogowej zaś skupiono się na tym, żeby była szybsza na 1/4 mili właśnie od M3. No i takie auto powstało.źródło: http://www.astra-gsi.euPrzy pomocy sprowadzonych do pomocy inżynierów GM, zbudowano model Kadett 200 tS. Do pięcio- lub czterodrzwiowego nadwozia Astry F zamontowano silnik C20LET, znany z Calibry Turbo i Vectry A Turbo. Tutaj miał on maksymalną moc 215 KM. Połączono go z sześciobiegową skrzynią Getrag F28. W przeciwieństwie do większych modeli z tym silnikiem, w Astrze napęd był przekazywany tylko na przednie koła. Przyspieszenie do 100 km/h zajmowało 7,6 sekundy, zaś prędkość maksymalna wynosiła 235 km/h.źródło: http://www.astra-gsi.euZ zewnątrz samochód wyróżniał się pakietem stylistycznym znanym z europejskiego modelu GSi oraz małym emblematem 200 tS. W środku zaś była skórzana tapicerka i bogate wyposażenie, obejmujące m.in. 6-glośnikowe system audio z radioodtwarzaczem, a także klimatyzację.Auto miało felgi z oponami 205/45R16, wentylowane tarcze hamulcowe z przodu i zwykłe z tyłu oraz system ABS.Kadett 200 tS wszedł na rynek w 1994 roku. I niemal od razu został z niego wycofany. Okazało się, że są spore problemy z chłodzeniem. Auto wróciło do sprzedaży w 1995 roku, z poprawionym chłodzeniem i maksymalną mocą obniżoną do 200 KM (osiąganych przy 5600 obr/min). Maksymalny moment obrotowy wynosił 286 Nm przy 3200 obr/min. Teraz już problemy z chłodzeniem nie występowały. Dziennikarze testujący szybkiego Opla bardzo chwalili sposób w jaki silnik rozwijał moc: równomiernie, przewidywalnie, prawie bez tzw. "turbodziury". Pozwalało to na sprawną jazdę tym autem, bez palenia przednich opon. Bardzo dobre opinie zebrały także zawieszenie, hamulce i układ kierowniczy. 200 tS sedan, źródło: http://www.astra-gsi.euNiestety, auto było obecne na rynku bardzo krótko - zmieniły się przepisy w południowoafrykańskich wyścigach i Astra/Kadett 200 tS nie mógł być już dopuszczony do startu. Wkrótce potem ze startów wycofało się także BMW (przez brak konkurencji). Delta Motor Corporation nie widziała więc sensu w dalszym oferowaniu ekstremalnie szybkiego Opla i produkcję zakończono. Nie udało mi się znaleźć informacji ile egzemplarzy zbudowano, ale raczej nie było ich wiele.Dane techniczneCóż, zawsze pozostaje możliwość samodzielnego zbudowania repliki 200 tS - swap C20LET do Astry F nie jest przesadnie trudny.Co ciekawe, w 1997 roku, GM wykupił 49% akcji Delta Motor Corporation i stopniowo spółka wróciła pod skrzydła koncernu.2. Australia i Nowa Zelandia - Holden AstraNa rynku australijskim i nowozelandzkim, Astra F występowała pod marką Holden. Co ciekawe, wcześniej nazwę Astra nosiły oferowane przez Holdena Nissany Pulsar. Samochód był oferowany w Nowej Zelandii od 1995 roku, a w Australii od 1996-go. Oferowano go do roku 1998.Astry F na ten rynek początkowo były importowane z Wielkiej Brytanii, później zaś z Belgii. Występowały z silnikami 1.6/100 KM (C16SE), 1.8/115 KM (C18SEL) i 2.0/136 KM (X20XEV). Ten ostatni w wersji oznaczonej GSi, występującej wyłącznie jako 3-drzwiowy hatchback (odpowiednik poliftowego, europejskiego GSi). 3. Indonezja - Opel Optima Astra F była oferowana w Indonezji jako Opel Optima. Użycie nazwy Astra uniemożliwił tamtejszy importer Toyoty - firma PT Astra.Opel Optima w IndonezjiO ile udało mi się dowiedzieć, sprzedawany był tylko sedan, z silnikiem 1.8 DOHC (tylko nie udało mi się ustalić którym).4. Wielka Brytania - Vauxhall AstraJuż Kadetty D i E nosiły na brytyjskim rynku nazwę Astra. Seria F była więc dla klientów z Wysp Brytyjskich trzecią generacją Astry. Ogólnie jest to to samo co Opel Astra F, tylko z pewnymi różnicami w nazwach wersji - np. poliftowe GSi nazywało się tam Sport. Oprócz tego zrobiono oczywiście wersję panel-van (w końcu to UK!)5. Brazylia - Chevrolet AstraZe względu na dość zawiłe przepisy dotyczące brazylijskiego rynku samochodów osobowych, General Motors wymyśliło sposób na obejście podatków. Ze swojej fabryki w Brazylii, wysyłało do Belgii silniki 2.0 115 KM (czyli pewnie C20NE), które na miejscu montowano do nadwozi Astry F i wysyłano z powrotem. Tym razem jako Chevrolet Astra. przód przypominał brytyjskie Vauxhalle, tylko zamiast logo z gryfem, był znaczek Chevroleta w kółkuAstra F weszła na brazylijski rynek w grudniu 1994, a wycofano ją w lutym 1996, kiedy kolejna zmiana przepisów sprawiła, że cały proceder przestał się opłacać. Zamiast niej, zmodernizowano budowanego lokalnie Chevroleta Kadett (czyli Kadetta E)6. Belgia i Węgry - Opel AstraTo samo co w Niemczech - standardowa Astra F ze standardowymi silnikami.8. Indie- Opel AstraAstra F była produkowana w Indiach od 1996-go roku - tylko jako sedan i tylko z silnikiem 1.6 o maksymalnej mocy 75 KM. Wytwarzaniem Astry zajmowała się założona w 1993 roku spółka 50:50% GM z koncernem Birka (ci od Hindustana)9. Tajwan - Opel AstraAstra F była produkowana na Tajwanie już od 1993-go roku i znajdowała się w ofercie jeszcze w 1999-tym.10. Włochy - Astra Bertone cabrioWe Włoszech, w znanym studio Bertone, powstawała Astra F cabrio z silnikami 1.4, 1.6 i 1.8 DOHC. 11. Polska - Opel Astra ClassicNie sposób nie wspomnieć o polskim epizodzie Astry F. Po tym jak model ten został wycofany z produkcji w Niemczech, podjęto jego produkcje w fabryce w Gliwicach. Aby odróżnić go od oferowanej u nas Astry G, dodano nazwę Classic.źródło: autoarchiwum.plAuto było u nas produkowane w latach 1998-2002 jako hatchback 5D, sedan oraz kombi. Powstawała z silnikami 1.4/60KM i 1.6/75KM. Wcześniej, od 1994-go odbywał się u nas tylko montaż.Astra Classic cieszyła się sporym powodzeniem na polskim rynku, dzięki kombinacji sprawdzonej techniki i dobrej ceny. Choć kolega ze studiów, który taką posiadał, twierdził, ze Astry z polskiej fabryki są bardziej podatne na korozję, niż te z niemieckiej. Ile w tym prawdy nie wiem. I raczej ciężko będzie to zweryfikować - obecnie każda Astra F albo wymaga remontu blacharskiego, albo już go miała (jak mój egzemplarz KJS-owy).PodsumowanieJak widać Astra F, która dla większości z nas jest jest jednym z najnudniejszych aut na drogach, czymś czego prawie nie zauważamy, była prawdziwie globalnym samochodem. Produkowano ja na większości kontynentów, pod kilkoma markami. Jakiś czas temu pisałem też o jej sukcesach w Rajdowych Mistrzostwach Świata (link). Prawdziwie uniwersalny samochód.

Motohistoria: Yenko Stinger

AUTOBEZSENS

Motohistoria: Yenko Stinger

Tak, wiem, pierwszy kwietnia. Mógłbym w sumie jakieś totalne bzdury nawypisywać, jak rok temu. Ale tym razem dałem sobie spokój i poszedłem pod prąd publikując normalny i absolutnie poważny (jak na ten blog) tekst. Bo nikt mi nie będzie mówił, kiedy mam wrabiać czytelników! No i pseudo-test był rok temu, fałszywe ogłoszenie o końcu bloga jest mało oryginalne, fałszywych newsów w internecie zatrzęsienie - wiec zamiast robić żarty na siłę, to po prostu opisuję jakieś zamochodowe dziwadło. Choć istnieje pewna obawa, że mimo tego wstępu, tekst o wyścigowych Corvairach też zostanie uznany za żart. Tylnosilnikowy Chevrolet Corvair to dość ciekawy przypadek. Przecietny milośnik motoryzacji cośtam o nim słyszał, ale głownie kojarzy go z opowieści o strasznie niebezpiecznych wlaściwościach jezdnych. Gdy w jednym z wpisów z serii "Zbiór dziwnych fur", wrzuciłem zdjecie Corvaira, w którym testowano odporność na boczny wiatr, to już pierwszym komentarzu* napisano, że takie testy w tym modelu nie mogły się dobrze skończyć. No to teraz, drodzy czytelnicy, niespodzianka - otóż właściwości jezdne Corvaira były po pewnych modyfikacjach na tyle dobre, że uznano go za świetną bazę do zbudowania auta wyścigowego!źródło: https://www.corvaircorsa.comW 1966 roku zabrał się za to Donald "Don" Yenko. Był on dla Chevroleta tym, kim dla Forda i przez pewien czas Dodge'a, był Carroll Shelby (swoją drogą Shelby już pojawiał się na blogu - tu i tu). To właśnie dominujące w wyścigach Mustangi Shelby'ego, skłoniły Dona Yenko o budowy własnego auta na bazie Chevroleta. Miało się ono nazywać Yenko Stinger.źródło: https://www.corvaircorsa.comSamochód miał startować w wyscigach SCCA, konkretnie w klasie D-sports. Konieczne było więc zbudowanie minimum 100 egzemplarzy auta w konfiguracji, która pojawi sie na torze. Poradzono sobie z tym w bardzo szybkim tempie - wymagana ilość aut powstała w miesiąc.źródło: google imagesJako baza posłużył wariant Corvair Corsa, z czterogaźnikowym, sześciocylindrowym silnikiem bokser o pojemności 2.7 litra (dokładnie 2683 ccm) i maksymalnej mocy 140 KM. Yenko w zmodyfikowanych przez siebie Corvairach oferował klientom cztery poziomy modyfikacji o różnych mocach:-160 KM - poprawione gaźniki, korbowody i panewki Moraine, azotowany wał korbowy, zmieniona miska olejowa, tłumiki i poprawiony układ chłodzenia. Przełożenie dyferencjału wynosiło 3,89. Samochód z tym pakietem kosztował w 1966 roku, 3520 dolarów.-190 KM - dopłata 500 dolarów. Zmieniony wałek rozrządu, sprężyny zaworowe, tłoki, wał korbowy. Stopień sprężania podniesiono do 10,0:1. Dodatkowo lżejsze koło zamachowe. We wnętrzu montowano wskaźniki temperatury i ciśnienia oleju, oraz amperomierz.-220 KM - dopłata 400 dolarów do powyższego. Stopień sprężania podniesiony do 10,5:1, obrobiona głowica, kute tłoki, nowy rozdzielacz.-240 KM - wariant tylko na tor. Nie znalazłem dokładnego opisu modyfikacji, ani ceny. Wiadomo tylko, że zmnniejszono wagę auta w stosunku do niższych specyfikacji.źródło: google imagesOprócz tego modyfikowano zawieszenie (choc fabryczny Corvair Corsa już prowadził się zupełnie przyzwoicie - jak na USA), montując twardsze sprężyny na tył, a takze amortyzatory Monroe. Oprócz tego poprawiano układ hamulcowy montując pompę od Cadillaca.Każdy ze zbudowanych egzemplarzy miał numer seryjny Yenko. Tylko auta wyposażone w ten numer były dopuszczone do startów w zawodach SCCA. Choc jeśli ktoś miał zwykłego Corvaira Corsa, nie zależało mu na wyścigach, a chciał sobie kupić pakiet modyfikacji to oczywiście była taka możliwość. Każdy Yenko Stinger był pomalowany na biało, z trzema niebieskimi paskami biegnącymi przez całą dlugość nadwozia. Tak - przepisy SCCA określały takze malowanie! Później nieco je złagodzono i pojawiły się też pojedyncze sztuki Stingerów w innych kolorach.W 1967 roku Chevrolet wycofał wariant Corsa ze sprzedaży. Jako bazy do budowy Stingerów użyto więc wariantu Monza. Monza nie miała seryjnie czterogaźnikowego silnika i trzeba było go na taki przerabiać, żeby nowe samochody były zgodne z homologacją. Stingery produkowano do 1969 roku. Wg, różnych źródeł powstało ich nie więcej, niż 185 sztuk (100 w 1966, reszta w latach późniejszych). Istnieje książka, która podobno opisuje historię każdego egzemplarza (ale to musi być ekstremalnie niszowa publikacja!), ale nie mam do niej dostępu.Okładka wspomnianej książkiCo ciekawe, wśród tych 185 aut, powstał jeden egzemplarz z otwartym nadwoziem. Ten samochód nosi numer YS-302.źródło: https://www.corvaircorsa.comOstatni egzemplarz Yenko Stingera zamówił Goodyear - miał on służyć jako auto do testowania opon. źródło: google imagesW 1966 i 1967 roku, Jerry Thompson odnisół sporo zwycięstw w klasie D (w 1967 zdobywając tytuł mistrzowski) - w swojej kategorii samochód właściwie dominował na torach. Więc wychodzi na to, że Corvair nie był wcale taki straszny w prowadzeniu jak opinia o nim. Obecnie Yenko Stingery sa poszukiwanymi klasykami. Powstało też wiele replik. źródło: google imagesOryginalnego Yenko Stingera w ruchu można też obejrzeć w jednym z odcinków Jay Leno's Garage:*No wlaśnie, zachęcam bardzo do komentowania wpsiów! Podobało sie? Napisz coś! Nigdy nie wiesz, czy akurat nie powiesz czegoś, co podrzuci mi pomysł do jakiegoś ciekawego wpisu.

Wirtualna Motohistoria: Grand Prix Legends

AUTOBEZSENS

Wirtualna Motohistoria: Grand Prix Legends

Dziś nietypowy wpis, bo o grze komputerowej. Pomysł pojawił się na automobilownia.pl, przy okazji tamtejszego wpisu o torze Spa-Franchorchamps i dyskusji w komentarzach z autorem. No więc do rzeczy.W 1998 roku na rynek weszła gra pod tytułem Grand Prix Legends (dalej zwane GPL). Wydała ją firma Sierra Entertainment, zaś stworzyło studio Papyrus Design Group, znane dotąd z gier przedstawiających wyścigi Indy Car i NASCAR. I to całkiem realistycznie. Na ile było to możliwe w tamtych latach, śmiało można było nazwać je symulatorami. Ja wtedy nie miałem jeszcze komputera, ale gdy już go dostałem, to jedną z pierwszych gier, które na prawdę dobrze pamiętam było NASCAR Racing 2, w które grałem jakieś parę lat po premierze, bo wcześniej komputera nie miałem. Ten tytuł w znacznej części odpowiada za trwającą u mnie do dziś fascynację serią NASCAR (a w konsekwencji niektóre wpisy na blogu np. ten: link). Ale wracamy do GPL.Gra przedstawia sezon 1967 Formuły 1. Są prawie wszystkie auta z tamtego roku (a przynajmniej te, które startowały w większej części sezonu), choć nie wszystkie nazywają się zgodnie z oryginałami. Mowa tu o Hondzie RA300 i Cooperze T81B. Ze względu na problemy z uzyskaniem licencji, samochody te wystąpiły w grze jako Murasma i Coventry. Na szczęście są dostępne modyfikacje, które zmieniają ich nazwy na poprawne. Poza nimi, jest też Ferrari 312 (bardzo przyjemnie się prowadzi), Lotus 49 (szybki, choć trudny do opanowania), Brabham BT24, Eagle-Weslake T1G, no i BRM P115. Tak, to ten z H16, o którym pisałem już na blogu (link) - w grze też jest absurdalny, wolny, ciężki i awaryjny. Czyli odwzorowany realistyczne! Bardzo lubię nim jeździć.BRM P115 wygrywa GP Meksyku - takie rzeczy tylko w grachNie są odwzorowane jednak zmiany kierowców w trakcie sezonu. Do tego brakuje np. Jackie Stewarta - nie uzyskano zgody na udostępnienie wizerunku i nazwiska, a np. w BRM jeździ Jean-Pierre Beltoise, który w realnym świecie dołączył do brytyjskiego zespołu dopiero w 1972. Oczywiście są w internecie odpowiednie modyfikacje, które te błędy poprawiają.Odwzorowanie torów jest już dokładniejsze, choć też nie do końca. Grand Prix Francji w grze jest rozgrywane na torze Rouen-Les-Essarts. W rzeczywistości odbyło się ono na LeMans Bugatti (taki krótszy układ wewnątrz La Sarthe). Zmiana była podyktowana tym, że tor Bugatti nie cieszył się popularnością nawet wśród kierowców F1 z 1967 i był uznawany za zbyt nudny. Reszta torów zgadza się jednak z sezonem 1967. Jest nawet pełna pętla Nurburgring! O ile się nie mylę, to był to chyba pierwszy przypadek, kiedy Nordschleife pojawiło się w grze komputerowej. jest też oczywiście i dawna wersja Spa-Francorchamps. Trasy są dokładnie odwzorowane i na prawdę jest wyzwaniem nauczyć się po nich jeździć. Gra oferuje trzy dość standardowe tryby: trening, pojedynczy wyścig i mistrzostwa (plus tryb online). Są trzy poziomy trudności: na najniższym (Novice), auta dysponują znacznie pogorszonymi osiągami i wyłączony jest model zniszczeń. Plus oczywiście kierowcy sterowani przez komputer jeżdżą dość powoli. Na średnim (Intermediate) osiągi auta i umiejętności AI są nieco lepsze, a model zniszczeń jest już obecny (choć nadal uproszczony), zaś na najwyższym (Pro) mamy już pełną moc F1 i przeciwników, którzy robią czasy okrążeń mniej więcej zbliżone do tych, które faktycznie osiągano na torach w 1967. Do tego pełny model uszkodzeń, o którym nieco później.Nie da się jednak wybrać kombinacji np. mocne silniki, średnie zniszczenia i słabe AI. Chcesz jeździć z pełną mocą, to musisz walczyć z najsilniejszymi przeciwnikami itd.Niestety, nie da się też dowolnie definiować ilości okrążeń - każdy poziom trudności ma przypisany konkretny dystans do przejechania na danym torze w trybie pojedynczego wyścigu lub mistrzostw. Tylko dla trybów Intermediate i Pro można wybrać między długim (połowa dystansu prawdziwego GP) i krótkim (1/4 dystansu GP) wyścigiem. Plus jest jeszcze opcja rozegrania pełnego dystansu Grand Prix (tylko z najszybszymi autami, pełnym modelem uszkodzeń i najlepszym AI).Przed wyścigiem jest sesja treningowo-kwalifikacyjna (czas również zależny od poziomu trudności). Osiągnięty wynik przełoży się na pozycję na starcie. Można sobie przy okazji popracować nad ustawieniami auta.No właśnie: ustawienia auta. To był jeden z głównych problemów z GPL. Standardowe ustawienia samochodu gracza są absolutnie katastrofalne. Zawieszenie jest ustawione bardzo nisko, a do tego jego skok jest minimalny. Plus rozjechane są wartości dobicia i odbicia amortyzatorów. I dyferencjał. Wszystko źle - z takimi nastawami absolutnie nie da się jeździć! Dlatego trzeba to zmienić. No i tu jest kolejny problem  - owszem, wszystko da się zmienić, ale potrzebna jest do tego pewna wiedza. W grze nie ma żadnej pomocy z tym, więc jak ktoś ma małe pojęcie o ustawieniach zawieszenia w starych autach Formuły 1, to ma pod górkę. I to bardzo. Dopiero w późniejszych tytułach studia Papyrus, pojawiały się podpowiedzi po kliknięciu prawym przyciskiem na dany parametr. W GPL tego nie ma i albo trzeba się dokształcić, albo... skorzystać z pracy innych. W internecie jest sporo gotowych ustawień udostępnionych przez graczy. Niestety, część linków wygasła, a część tych ustawień jest dość specyficzna. Osobiście polecam ustawienia Alison Hine (link) - można na nich pojechać na prawdę szybko, a jednocześnie auta zachowują się dość przewidywalnie (jak na bolidy F1 z 1967). Po drobnym dostosowaniu pod swój styl jazdy, mogę na nich bez większych problemów walczyć z AI na najwyższym poziomie trudności.Czas więc na wrażenia z jazdy. No jest trudno. Pierwszy mój kontakt z GPL był jakoś niedługo po zakupie pierwszego komputera (w 1998 roku, a więc i niedługo po premierze gry) - dorwałem demo, gdzie był tor Watkins Glen i jeden samochód (już nie pamiętam który). Nijak nie mogłem przejechać okrążenia. Raz, że to była jedna z pierwszych samochodówek w jakie w ogóle zagrałem. Dwa, że grałem na klawiaturze. A jeżdżenie w GPL przy pomocy klawiatury, przypomina pisanie bloga kierownicą.Ileś tam lat później zrobiłem drugie podejście. Już z kierownicą. Okrążenia już kończyłem, ale nie dałem rady dogonić przeciwników na poziomie wyższym od Novice, w porywach Intermediate. I tak sobie od czasu do czasu wracałem i się zniechęcałem aż dopiero teraz jestem w stanie usiąść do GPL i z marszu, bez większych problemów pokonać AI na najwyższym poziomie trudności i wygrać wyścig (nawet BRM-em). Żadna inna gra mi tak nie dołożyła... W każdej objeżdżanie najszybszego AI było kwestią maksimum miesiąca. W GTR2, czy Race07 (które nie tylko ja uważam za na prawdę świetne, realistyczne gry wyścigowe) wygrywałem z marszu na najwyższym stopniu trudności, a także w trybie multiplayer z innymi graczami. No ale tam są nowoczesne auta, a nie stare F1. W GPL pokonanie wirtualnych Jima Clarka i Grahama Hilla zajęło mi 18 lat z przerwami. No, czasem przerwy były i kilkuletnie. Oczywiście da się szybciej - trzeba się tylko uprzeć i nie zniechęcać po kolejnej wizycie na barierach podczas rozpaczliwych prób obronienia przedostatniego miejsca.Model jazdy jest absurdalnie trudny - każdy samochód ma pełno mocy, mało masy (do tego umieszczonej głownie z tylu), prehistoryczne opony i zero docisku aerodynamicznego. I czuć to w w grze. Bardzo! Żeby tymi autami pojechać szybko, trzeba być ekstremalnie płynnym. A i tak samochód będzie się ślizgał na wszystkie strony. Kiedyś było to uznawane za ultrarealistyczne. Szybko jednak wyszło, że model jazdy jest nieco przesadzony. Ja rozumiem, że auto F1 z 1967 roku to nie jest łatwy wóz w prowadzeniu. Ale walka z kierownicą przy poniżej 20 km/h jest kiepskim żartem. Przy tylu to i Polonez skręca bez problemów. Paradoksalnie, właśnie przy niskich prędkościach wyłazi najwięcej niedociągnięć modelu jazdy - jazda w GP Monako jest przez to niezbyt przyjemna. Na szybkich torach jest zdecydowanie lepiej - może dlatego, że jadąc 300 km/h w BRM P115 na Spa i tak nikt nie spodziewa się przyczepności. Istnieje niepotwierdzona plotka, że sam Jackie Stewart spróbował kiedyś GPL na jakimś pokazie i stwierdził, ze prawdziwe auta F1 z 1967 były łatwiejsze do opanowania.Słynna szykana Masta Kink na Spa-FrancorchampsAle mimo niedociągnięć, absolutnie nie da się powiedzieć, że model jazdy jest słaby. Jak weźmiemy poprawkę na przyczepność opon, to jeździ się na prawdę fajnie. Hamowanie też nie jest łatwe i należy się postarać, by nie blokować kół, a jednocześnie skutecznie spowolnić auto. Każdy samochód oczywiście powadzi się inaczej. Eagle jest najszybsze na prostych, Cooper jest bardzo prosty do opanowania, BRM jest tak straszny, że aż wspaniały, itd. Każda zmiana w ustawieniach auta jest też odczuwalna na torze. Tak w ogóle, jeśli ktoś zechce zagrać w GPL, to polecam Ferrari 312 właśnie z ustawieniami Alison Hine - jak dla mnie idealny kompromis prędkości i przyjazności dla kierowcy (jak na GPL).Jest też nieco zasymulowana aerodynamika - konkretnie chodzi o zjawisko tunelu aerodynamicznego mające miejsce, gdy jedziemy blisko poprzedzającego samochodu. Choć nie jestem pewien, czy nie jest ono zbyt silne. W końcu te auta nie miały spojlerów. No ale ja nigdy w rzeczywistości nie jeździłem autem F1 z 1967 roku z takimi prędkościami, więc ciężko mi to ocenić.Oprócz tego mamy jeszcze model zniszczeń. Jest dość zaawansowany jak na 1998 rok. Można uszkodzić zawieszenie, także urwać koło. Przesadne szarżowanie może spowodować awarię silnika (od przerywania i spadku mocy po wybuch i koniec jazdy). Można też przebić oponę. I z tym jest problem - w GPL nie ma zasymulowanych zjazdów do boksów. Owszem, w tamtych czasach przejeżdżano wyścig na jednym komplecie opon i bez tankowania, także to nie problem. Ale jak się przebije oponę to oznacza to właściwie koniec wyścigu, bo nie ma jej jak zmienić. O ile rozumiem, że mechanicy nie są w stanie szybko naprawić wysadzonego silnika, to w to, że nie potrafią zmienić koła jakoś nie chce mi się uwierzyć. Swoją drogą to dziwne, że w starszym od GPL, NASCAR Racing 2, jak dobrze pamiętam programiści Papyrusa dali rady zaimplementować pit-stopy. No cóż, niby da się jechać i z przebitą (albo i uszkodzonym zawieszeniem), ale opanowanie samochodu z trudnego, staje się niemal niemożliwe. A uszkodzić samochód jest łatwo. Czasem wystarczy nawet stosunkowo lekki kontakt z barierą, czy innym zawodnikiem. Tym bardziej, że AI potrafi być agresywne. I do tego nie zawsze patrzy w lusterka. W sumie to często trzeba na nich uważać, bo robią na prawdę niebezpieczne manewry. Ale co ciekawe, zdarza im się też popełniać błędy - pojechać zakręt za szeroko, zderzyć się z innym autem, bądź po prostu wypaść z trasy. Jak na 1998 rok, to jest na prawdę nieźle!Mamy też stojących na poboczu sędziów z flagami - czasem potrafią oni na prawdę pomóc. Wywieszą żółtą jeśli niedaleko stoi rozbite auto, białą jeśli za zakrętem porusza się powoli jakiś uszkodzony samochód itd.Ogólnie wygranie wyścigu na poziomie Pro, dostarcza ogromnej satysfakcji. Do tego po zawodach gra pokazuje wyniki w postaci artykułu z gazety z wygenerowaną treścią odpowiadającą rezultatom!Autobezsens F1 team...Jakby tego było mało, to jeśli w trybie mistrzostw zapewnimy sobie tytuł, to w tej "gazecie" również zostanie to odnotowane. Włącznie z tym, czy zrobiliśmy to [cytat] "...w wielkim stylu, również wygrywając wyścig". Niby drobnostka, a jak cieszy!  A co ze stroną audiowizualną? No standardowo to jest 1998 i tyle - pikselowo, ale porządnie (gra miała w momencie premiery duże wymagania sprzętowe). Dźwięki też nijakie. Ale od czego są tworzone przez fanów dodatki? W obecnych czasach instalacja GPL polega na ściągnięciu czegoś co nazywa się GPL2004 Demo i dorzucenia do niego zawartości z pełnej wersji gry (czyli torów, bo demo ma wszystkie auta). Ta wersja demonstracyjna ma powgrywane wszystkie patche oraz ulepszenia grafiki i dźwięku, które powstały przez 6 lat od premiery gry. I wtedy już estetyka staje się całkiem przyjemna dla oka (choć nadal widać, że to tuningowany 1998 rok - cudów nie ma). Wszystkie screenshoty które zamieszczam w dzisiejszym wpisie pochodzą z wersji 2004. Dodatkowym bonusem jest to, że stworzone przez fanów dodatkowe trasy można dorzucać do dema nawet nie posiadając pełnej wersji gry!Tak, tekstury twarzy kierowców, w wersji po update'ach, się różnią.Dźwięki w poprawionej wersji są niezłe, ale nadal czegoś im brakuje. Niektóre auta mają tak irytujące brzmienie, że ciężko wytrzymać wyścig. Choć to akurat może być problem sprzętowy u mnie - musiałem ograniczyć sprzętowe przyspieszenie dźwięku bo na maksymalnym brzmienie było tak zniekształcone, że nie dało się grać.Jeszcze mała uwaga co do strony wizualnej - tu też twórcy postawili na realizm - nie ma żadnego HUDa, nawet wskazującego wybrany bieg. Trzeba patrzeć na dźwignię zmiany biegów (animowana, a jak!) i wskaźniki na desce rozdzielczej auta. Które niestety w kilku samochodach są częściowo zasłonięte kierownicą. Prosty HUD pojawia się tylko przy widoku zza auta. Ale wtedy nie da się w ogóle wyczuć samochodu i ogólnie jeździ się nieprzyjemnie - tylko widok z kokpitu!Nie ma nawet opcji spojrzenia w tył po naciśnięciu jakiegoś przycisku - tylko na boki (tak o 45 stopni). Od patrzenia w tył są lusterka wsteczne! I dobrze, dzięki temu można na prawdę się wczuć w klimat F1 z tamtych lat. Zero ułatwień, maksimum trudności - totalnie na odwrót niż w obecnych grach.A po wyścigu można sobie obejrzeć powtórkę. Są dostępne różne kamery, jest nawet opcja wycięcia fragmentu powtórki (np. żeby pokazać komuś najlepsze okrążenie). Ogólnie tryb powtórek w GPL jest jednym z najlepszych, jakie widziałem w grach - nawet obecne tytuły mają często mniej rozbudowaną tą funkcjonalność.Jest jeszcze tryb multiplayer. Obecnie trzeba go uruchamiać przy pomocy zewnętrznych narzędzi stworzonych przez fanów. Niestety, jeszcze nie udało mi się zmusić go do działania - za każdym razem jest błąd przy podłączaniu do serwera. Z reszta, mało kto już gra online w GPL i tak. Na serwerach są pojedyncze osoby.No właśnie, GPL jest już nieco zapomniane. Jak było nowe to odstraszyło wiele osób swoim potwornie wysokim poziomem trudności. Dziś z kolei bywają problemy z uruchomieniem go na nowszych systemach. Choć swego czasu gra miała dość sporą rzeszę zwolenników. Dziś wiele linków do stron miłośników GPL jest już niestety nieaktywnych, ale da się jeszcze sporo znaleźć. Są dostępne np. modyfikacje pozwalające na start w innych sezonach, niż 1967. Mi bardzo przypadł do gustu sezon 1969 gdzie, dzięki uporowi twórców tego moda, udało się nawet zasymulować docisk aerodynamiczny!Modyfikacja dodająca sezon 1969 - tak, udało mi się nie rozbić, a nawet wygrać!Ogólnie dziś GPL stanowi głównie ciekawostkę. Choć jeśli ktoś ma czas i chęci zapoznać się z nim bliżej to raczej nie będzie rozczarowany. 18 lat po premierze, wygranie wyścigu nadal potrafi dostarczyć gigantycznej satysfakcji, a odwzorowanie klimatu dawnej F1 jest tu na prawdę wspaniałe. Może właśnie spotęgowane przez ten ekstremalnie trudny model jazdy: tutaj na prawdę czuć emocje, kiedy zbliżamy się np. do Masta Kink, a za plecami czai się wirtualny Jack Brabham i próbuje nas wyprzedzić! I ta świadomość, że jeden minimalny błąd może zakończyć wyścig... no fajnie jest! Jednocześnie strasznie i fajnie... dziwna gra.Innymi słowy: ekstremalnie trudna, stara gra o samochodach, w której jest możliwość jeżdżenia BRM z silnikiem H16 - to jest jednak temat na Autobezsens!

News: elektroniczne opony, elektryczne samochody, stare Mitsubishi

AUTOBEZSENS

News: elektroniczne opony, elektryczne samochody, stare Mitsubishi

Dawno nie było newsów na blogu. No cóż, nie ma zbyt wielu ciekawych nowości - kolejne SUV-y, crossovery itp. Ile można o tym pisać... No ale coś się jednak znalazło1. Proszę zresetować oponyGoodyear zaprezentował niedawno dwie osobliwe nowości oponiarskie. Jednak nadal są ludzie, próbujący wynaleźć koło od nowa. To dobrze! Pierwszą z tych nowości jest coś takiego:Opona w kształcie kuli - Eagle 360. Wzorowana jest na jednym z gatunków koralowca - Diploria labyrinthiformis. Zwany także "mózgowcem".Oczywiście zastąpienie sferami zwykłych samochodowych kół i opon nie jest proste.Goodyear wymyślił, że ma to się odbyć przy pomocy magnetycznej lewitacji. Skąd miałaby się wziąć energia potrzebna do zasilenia takiego układu - nie podano. W końcu to tylko koncept, póki co bez szans na seryjną produkcję. Choć takie rozwiązanie miałoby wiele zalet. Np. tak zbudowany samochód miałby na prawdę świetną manewrowość. Stąd też kształt bieżnika wzorowany na koralowcu - taka "opona" musiałaby się jednakowo zachowywać niezależnie od kierunku poruszania się pojazdu. Choć mi osobiście kojarzy się on z bieżnikiem stosowanym w oponach szutrowych.Do tego Eagle 360 miałoby zmieniać swoje właściwości, zależnie od warunków. Jak konkretnie miałoby to być rozwiązane - również nie podano.Drugą zaprezentowaną nowością, już o konwencjonalnym kształcie, jest Goodyear IntelliGrip. Stanowi ona rozwiniecie pomysłu montowania w autach czujników mierzących ciśnienie w oponach. Takie czujniki stosowane są obecnie i, w zdecydowanej większości przypadków, nie działają poprawnie i tylko generują koszta i problemy dla użytkowników. Goodyear twierdzi, że wszystko będzie lepiej, gdy czujniki będą zintegrowane z oponami. I będą monitorować nie tylko ciśnienie, ale także warunki pogodowe, zużycie opony itp. No pięknie. Gorzej tylko, że pewno będzie to działać jak zwykle - czujniki będą ciągle generować błędne odczyty itp. Już widzę jak w ASO rozmaitych marek będziemy mieli usługę "Reset opon - 500 zł". No ale, bądźmy optymistami.Obie opony są pomyślane jako wyposażenie przyszłych samochodów autonomicznych. Czyli niewymagających kierowcy (było już o tym na blogu: tu i tu). W sumie ma to nawet sens - opona powiadomi komputer sterujący samochodem o mokrej nawierzchni, a ten dostosuje zachowanie do warunków. Gorzej tylko, ze w realnym świecie takie auta będą obłożone wieloma regulacjami itp. I przez to będą się poruszać na tyle wolno, że nie będzie znaczenia po jakiej nawierzchni jadą.A swoją drogą, opony to były do niedawna chyba jedynym elementem samochodów, w których nie bardzo mogły wystąpić problemy z elektroniką. No to w przyszłości możemy się spodziewać zmiany tego stanu rzeczy.2. I po dopłatachPewien osobnik z Singapuru postanowił kupić sobie samochód elektryczny. Konkretnie chodzi o Teslę Model S. Liczył m.in. na atrakcyjne dopłaty dla ekologicznych, które są tam przyznawane. Okazało się jednak, że zamiast dostać 10 800 dolarów, musi niemal tyle samo zapłacić. Za co? Za użytkowanie wyjątkowo trującego środowisko samochodu!No ale Tesla jest elektryczna, ekologiczna i w ogóle, jakby miała rurę wydechową to by z niej wylatywały tylko kwiatki i małe foczki, więc w czym problem? Okazuje się, że w tym, skąd ta elektryczność się bierze. Otóż w Singapurze policzono ile faktycznie dwutlenku węgla zostanie wyemitowane przy wytwarzaniu energii potrzebnej do napędzenia tego samochodu i wyszło im, że przeciętne auto benzynowe jest zdecydowanie przyjaźniejsze dla środowiska. Oczywiście producent twierdzi, że obliczenia są niepoprawne i na pewno uda się wytłumaczyć singapurskim urzędnikom ich błąd. Póki co, jednak się nie udało.Inna sprawa, że wyprodukowanie energii to jedno, a produkcja i późniejsza utylizacja akumulatorów do takiej Tesli ma dużo gorszy wpływ na środowisko niż dwutlenek węgla. Do tego jak na razie nikt się nie przyczepił, niestety. No poza jakimiś blogerami, których mało kto czyta.3. Oficjalny zespół rajdowy MitsubishiLancer Evolution X przestał być produkowany w zeszłym roku i zostanie zastąpiony hybrydowym SUV-em/crossoverem. I to nie wiadomo kiedy. Space Star R5 powstał bez żadnego udziału fabryki i ma permanentny problem z uzyskaniem homologacji. A w tych imprezach, w których go dopuszczą do startu, ma problem z dojechaniem do mety.Mimo to, znów powstał... oficjalny rajdowy zespół Mitsubishi! Konkretnie w Hiszpanii - bo to w tamtejszych mistrzostwach ma startować. Czym mają jeździć? Oczywiście Lancerem Evo X - sprawdzonym na każdym poziomie rywalizacji, w każdej chyba serii rajdowej. Tu w specyfikacji N-grupowej. Wsparcia udziela też firma Repsol. Póki co załoga Cristian García/Rebeca Liso wystartowała w Rajdzie Wysp Kanaryjskich (zwycięstwo w klasyfikacji Mistrzostw Hiszpanii - nie byli zgłoszeni do ERC) oraz w Rajdzie Teneryfy (też zwycięstwo). Wyniki pokazują, że w zabytkowym, jak na rajdowy świat, Lancerze nadal można z powodzeniem rywalizować przeciw autom R5. Do tego od następnej rundy, zespół mają uzupełnić dwa kolejne Evo z załogami Alberto Monarri/Rodrigo Sanjuán i Jan Solans/Mauro Barreiro. Sam nie wiem co o tym myśleć. Z jednej strony Mitsubishi robi co może, by nie być kojarzone z rajdami, z drugiej wystawia oficjalny zespół, ale tak "po cichu" - tylko w mistrzostwach Hiszpanii. No cóż, pozostaje życzyć im jak najlepszych wyników, co może przekona kogoś wyżej postawionego w japońskiej marce, że jednak warto zająć się znów na poważnie sportem samochodowym.

Retrotest: BMW E36 318i(S)

AUTOBEZSENS

Retrotest: BMW E36 318i(S)

Dziś, po raz drugi w historii bloga, będzie retrotest. Czyli opis wrażeń z jeżdżenia jakimś autem, pisany z perspektywy czasu - już po sprzedaży danego pojazdu. Co pozwala napisać taki test możliwie obiektywnie. Poprzednim razem opisywany był Citroen Xsara - mój pierwszy własny samochód. Teraz czas na BMW E36 - moją pierwszą amatorską rajdówkę. Oczywiście przed zakupem naczytałem się i nasłuchałem, jakie to jest wspaniałe auto do amatorskiego sportu, trwałe, solidnie wykonane, doskonale się prowadzące itd. itp. Rzeczywistość okazała się nieco mniej imponująca. Choć dziś skupię się głównie na walorach użytkowych auta z perspektywy jazdy nim na co dzień. Na historię KJS-owych startów przyjdzie pora kiedy indziej. Do rzeczy więc.Mój były egzemplarz BMW był sedanem 318i (standardowo 1.8 115 KM) po dość druciarskim swapie na silnik M44B19 (1.9 140KM) z wersji 318is. Swap został jednak po pewnej walce, oddrutowany i M44B19 zaczęło jeździć jakby siedziało w tym nadwoziu od zawsze. Dzięki czemu mogę obiektywnie opisać wrażenia z jazdy E36 wyposażonym w taki silnik. Przy okazji powstał artykuł o różnicach między poszczególnymi silnikami z wersji 318is - link.NadwozieE36 występowało jako Compact (3-drzwiowy, z techniką częściowo opartą jeszcze na E30), sedan, coupe (co ciekawe, cięższe od sedana), kabriolet i kombi. Plus ekstremalnie rzadka wersja Baur Cabrio, czyli sedan z otwartym dachem. Dziś by zrobili jeszcze SUV-a, no ale na przełomie lat 80-tych i 90-tych nie było takich durnych fanaberii. W momencie premiery E36 było limuzyną klasy wyższej średniej, dziś możnaby je uznać co najwyżej za kompaktowego sedana - np. szerokość jego nadwozia jest mniejsza, niż w Hondzie Civic VIII, którą jeżdżę na co dzień.Z zewnątrz nie jest źle. Auto ma całkiem przyjemne dla oka proporcje. Nawet w najbardziej irytujących momentach posiadania E36 (o nich zaraz) musiałem przyznać, że jest ładne. W momencie premiery wyglądało na pewno bardzo nowocześnie, szczególnie na tle E30. Obecnie wiele osób twierdzi, że jest przestarzałe, ale ja się nie do końca zgadzam - postawcie obok siebie E36 i obecną generację serii 3 (czyli F30). Zauważycie podobieństwo linii nadwozia. Jakby nie patrzeć, E36 ustaliło na długie lata wygląd tej serii BMW. To tyle z wyglądu. A jak to nadwozie ma się do względów praktycznych? Widoczność jest świetna. Manewrowanie nie sprawia problemów. A ja mam dość nietypowy i ciasny wjazd do garażu, więc mogłem to doskonale przetestować. Gorzej z bocznymi lusterkami wstecznymi. Nie wiem co za kretyn je projektował, ale są właściwie bezużyteczne. Martwe pole jest ogromne. Strach było zmienić pas bez odwracania się i upewnienia, że faktycznie nikt nie jedzie obok. W Xsarze było z tym słabo, ale w E36 to jest istna katastrofa. Co ciekawe, mój obecny pojazd KJS-owy, Opel Astra F, nie sprawia takich problemów. A jest to auto niższego segmentu, zaprezentowane mniej więcej w tym samym czasie co E36. Więc dało się, ale jak widać w Bawarii nie było chęci i umiejętności by to zrobić. Te wszystkie dowcipy o kierowcach BMW zmieniających pasy jak idioci i wymuszających pierwszeństwo, biorą się chyba właśnie z tych katastrofalnych lusterek.Inną wadą nadwozia jest jego masa. Auto jest ciężkie i to niestety mocno czuć. Ale o prowadzeniu za chwilę.Jeśli chodzi o korozję to trudno powiedzieć. Z jednej strony mój egzemplarz miał jej na prawdę niewiele (rocznik 1993). Z drugiej, większość tych, które oglądałem przed zakupem była zardzewiała porządnie. Powiedzmy w takim razie, że nadwozie E36 nie rdzewieje przesadnie, ale tylko jak się o nie dba.Niestety, w jednym punkcie nadwozia znów wychodzi nieudolność bawarskich projektantów - mam na myśli mocowanie dyferencjału, które jest podatne na wyrwanie. Podobno wersja M3 miała seryjnie wzmocnienia (które też nie zawsze pomagały). Jeśli tam je dali, to musieli znać problem. A mimo to, nic z tym nie zrobili. Nie tylko w E36, ale także w E46, które ma ten sam kłopot. Da się to oczywiście pospawać, wzmocnić itd. Ale niemniej jednak zaprojektowane zostało głupio. U mnie akurat nie było z tym problemu, ale wygląda na to, że miałem po prostu szczęście - na forach internetowych można znaleźć sporo wątków założonych przez osoby, u których ten problem wystąpił.Inną ciekawostką są fabryczne podstawy podnośnika. E36 ma akurat całkiem fajne rozwiązanie, bo są w progach takie gumowe podkładki. A właściwie powinny być. Bo w zdecydowanej większości aut one już dawno wypadły (wypadają wybitnie łatwo). Towar jest przez to mocno deficytowy, a w ASO kosztuje ~50 zł za sztukę. Dlatego jak się ma E36 i zobaczy na sprzedaż używane takie podkładki, to warto kupić na zapas. Bez nich mamy bowiem dzirę w progu, co niezbyt optymistycznie nastraja jeśli chodzi o korozję.WnętrzeZ zewnątrz limuzyna, a w środku ciasno - to tak w skrócie. E36 może i jest dość długie, ale też i stosunkowo wąskie (węższe od dzisiejszych aut klasy kompaktowej). Wewnątrz mamy też spory tunel środkowy - w końcu to auto tylnonapędowe. Niemniej jednak jeszcze na seryjnych fotelach, podczas KJS zdarzało mi się zdzielić łokciem w ramię pilota przy zmianie biegów. A jestem raczej niski i szczupły - wiele miejsca w aucie nie zajmuję. Pozycja za kierownicą też mi niezbyt pasowała. Jakbym nie ustawiał fotela, to albo miałem kierownicę za blisko, albo pedały za daleko. Do tego sama kierownica w wielu egzemplarzach (w tym moim) nie była w ogóle regulowana. No i jej rozmiary... Jak dla mnie była za duża i niewygodna w trzymaniu. A miałem tą fabryczną niby sportową. Po zamontowaniu mniejszej, nieseryjnej (a także kubełkowych foteli) jazda stała się zdecydowanie przyjemniejsza. Wnętrze w stanie takim, jak kupiłem ten samochódZ tyłu prawie nie siedziałem, bo kanapa była jedną z pierwszych rzeczy, które wyleciały z auta. Ilość miejsca tam nie była jednak zbyt duża. Bliżej kompaktów z tamtych lat, niż limuzyn.Wyposażenie E36 to dość ciekawy temat. Bazowo nie było nic, można było jednak zamówić niemal dowolną konfigurację. I tym sposobem ja miałem elektrycznie sterowane lusterka, elektrycznie otwierany szyberdach i... szyby na korbkę. Sprawdziłem po numerze VIN - faktycznie jakiś Niemiec tak to zamówił. Poza tym zdarzają się na rynku całkiem bogato wyposażone egzemplarze.Potem było nieco lepiej - ale montaż foteli kubełkowych w E36 to niestety nie jest do końca prosta sprawaBagażnik jest dość mały i niezbyt ustawny. Dodatkowo nie każde E36 miało składaną tylną kanapę - przedział pasażerski jest oddzielony wtedy od bagażnika metalową płytą i mamy tylko wycięcie np. na narty. Bezsensowne rozwiązanie. I ciężkie. Choć dla chcącego nic trudnego - po wywaleniu tylnej kanapy, przewiezienie na jej miejscu np. kosiarki, czy kompletu opon, nie było problemem. Mimo wszystko pomysł, by w aucie tej klasy (w momencie premiery) absolutnie wszystko wymagało dopłaty, jest niezbyt sensowny.SilnikCzterocylindrowy, benzynowy silnik o pojemności 1.9 litra i maksymalnej mocy 140 KM w miarę sprawnie napędzał E36, ale ciągle, nawet po wywaleniu wnętrza, było czuć, że zbyt łatwo mu nie jest. Za to sam był dość lekki. I zapewniał lepszy rozkład masy, niż w wersjach 6-cylindrowych. Przejechałem się kilkoma E36 z silnikami R6 i na prawdę czuć różnicę na korzyść R4, jeśli chodzi o pokonywanie zakrętów. Wyniki z KJS też to potwierdzały i potwierdzają - najszybszymi BMW są zazwyczaj te wyposażone w silniki 318is. Choć bywają wyjątki. Na prostych silnik 318is zapewniał osiągi porównywalne z 320i (2.0 R6) - źle nie było, ale mogło być lepiej. Z resztą, o silnikach w 318is już było na tym blogu sporo (link na początku tekstu)Tu jeszcze z kolektorem od M42 (później zmieniony na poprawny - od M44, ale nie mam zdjęcia). Tak, ta rura z przodu to element fabryczny, tylko ja nie miałem jednego elementu, który ją powinien zasłaniaćCo do zużycia paliwa... hmm... średnio ćwierć baku na KJS - tyle mogę powiedzieć.Awaryjność? Mechanicznie było w miarę ok. Poza wyciekiem z obudowy rozrządu (podobno typowa przypadłość wszystkich BMW z R4). Naprawienie tego, jak dobrze pamiętam, kosztowało okolice 300 zł (razem z robocizną). Jeśli zaś chodzi o elektrykę i elektronikę... dramat! Przez ~2.5 roku wymieniłem KAŻDY czujnik i ogólnie prawie wszystko związane z elektryką. Tylko cewka zapłonowa nie zawiodła (aż się zdziwiłem). I nie ma co nawet próbować szukać używanych elementów, bo to się kończy tym, że za miesiąc trzeba wymieniać znowu. Tylko nowe! A nowe kosztują. Czujnik wałka rozrządu - 400 zł. Czujnik wału 300 zł. I tym podobne. Przyznam, że doprowadzenie tej bawarskiej zarazy do stanu, w którym nic nie przerywa, obroty nie falują, nie strzela w wydech i nie ma błędów w ECU, dostarczyło mi pewnej satysfakcji. Ale co się naprzeklinałem po drodze i ile złotówek na to wydałem to wolę nie myśleć. Na drobnostki typu niedziałający czujnik temperatury zewnętrznej, ciągle resetujący się zegarek itp. nawet nie miałem sił zwracać uwagi. Nie wiem jakim cudem ludzie mogą narzekać na francuską elektrykę - bawarska jest jeszcze gorsza! I do tego dostęp do np. rozrusznika (i wielu innych elementów) jest bardzo utrudniony przez kształt kolektora dolotowego. Przez który w dodatku jest puszczona wiązka - kolektora nie da się zdjąć bez odpięcia wiązki. Której nie da za bardzo się odpiąć np. od wspomnianego rozrusznika, bez zdjęcia kolektora. Rekordy głupoty bije jednak czujnik prędkości w dyferencjale. O ile udało mi się wyczytać, każde E36 miało ABS (kierownicy nawet nie ustawisz, żeby móc wygodnie i bezpiecznie manewrować, ale masz ABS). Czyli miało czujniki prędkości w każdym kole (w sumie cztery). Ale z jakiejś przyczyny dowalili piąty, w dyferencjale. I zdarza się, że on rzuci błędem w ECU. Chyba sami projektanci nie wiedzą od czego to robi - nawet nowy z ASO potrafił w kompletnie losowym momencie spowodować pojawienie się błędu. A jak już to się stanie, to odcięcie przesuwane jest na 5500 obr./min. Ale tylko jak przekroczymy 100 km/h. Innymi słowy, masz błąd w ECU, nic nie zauważasz, auto jeździ normalnie. Odcięcie też normalnie. Przekraczasz 100 km/h. Zwalniasz. Kręcisz wysoko np. na jedynce - odcięcie na 5500 obr/min. Jakbyś nie zakręcił wysoko (a przeciętny użytkownik tego nie robi) to też byś nie zauważył, że coś jest nie tak. Absolutny bezsens. Dlaczego zadano sobie trud  i zrobiono ten osobliwy algorytm przesuwania odcięcia i po co w ogóle ten czujnik rzuca błędem? Nie wiadomo. Zmuszenie tego do działania w normalny sposób wymagało paru godzin kombinowania nad schematem elektrycznym i zlutowania dwóch przewodów. Problem nigdy nie powrócił, błąd się nie pojawiał. Wszystko pozostałe (prędkościomierz, ABS) działało normalnie. Jedynym skutkiem ubocznym powyższego rozwiązania problemu było to, że jak na KJS odłączałem ABS, to nie pojawiał mi się żaden błąd ABSu. Czyli w sumie dobrze.Swoją drogą, ABS padł kompletnie już u nowego właściciela. Pozostaje zacytować tylko mojego mechanika: "W BMW zawsze jest co robić!"Skrzynia biegówŹle nie było, biegi zmieniało się całkiem przyjemnie, choć mogłoby być płynniej. Ale ogólnie była dość  dobrze zestopniowana. Skok lewarka też w porządku. Częstymi awariami są wycieki i padające synchronizatory. Wycieki da się naprawić, przy synchronizatorach zaś najczęstszą radą jest... wymiana skrzyni. W E36 jest wymienna miedzy chyba wszystkimi modelami, więc można dobrać od obojętnie jakiej wersji.Jedną, absolutnie idiotyczną rzeczą w skrzyniach biegów E36, jest wrzucanie wstecznego. Wrzuca się go jak pierwszy bieg. Nie ma żadnej blokady, przycisku czy czegokolwiek. Trzeba tylko mocniej szarpnąć do siebie dźwignię. I to jest na prawdę wkurzające. Jak chcemy szybko wrzucić jedynkę, to zawsze istnieje ryzyko, że wrzucimy wsteczny. Mi się to zdarzyło na KJS (po cofaniu chciałem szybko ruszyć z powrotem na trasę - i wycofałem dalej). Absolutnie beznadziejnie zaprojektowana rzecz.ZawieszenieWokół prowadzenia BMW serii 3 narosło sporo mitów. Chyba w każdej generacji było reklamowane jako sportowa limuzyna. I wiele osób wierzy marketingowi do dziś. A jak jest faktycznie? No średnio. Na wstępie muszę powiedzieć, że w moim egzemplarzu, tuż po zakupie wymiany wymagał tylko łącznik stabilizatora. Co oczywiście zostało od razu zrobione. Innymi słowy na początku miałem do czynienia ze sprawnym, seryjnym zawieszeniem. Oczywiście przy zakupie wiedziałem, że standardowe zawieszenie wymienię na inne, bardziej nadające się do KJS-ów, ale mimo wszystko - seryjne, jak na auto o niby sportowej charakterystyce, było mocno rozczarowujące.Jeszcze na seryjnym zawieszeniu, tylko ze stabilizatorami M-technic. Zdjęcie z: http://bartrallyfoto.bnx.plPrzy w miarę normalnej jeździe było nawet ok. Auto dobrze wybierało nierówności, skręcało dość chętnie. Problem zaczynał się, gdy próbowałem pojechać szybko. Przechyły nadwozia zaczynały robić się koszmarne - wóz podpierał się lusterkami. Do tego potworna podsterowność. Tak, mimo tylnego napędu, seryjne E36 przy agresywnej jeździe wyjeżdża przodem. I to mocno. Do tego precyzja prowadzenia wcale nie jest jakaś duża. I przyczyniają się do tego znów pomyły bawarskich projektantów. Choćby niepełne tuleje wahaczy - należy je wymienić na pełne, najlepiej poliuretanowe i acentryczne. W ogóle poliuretany w zawieszeniu E36 to konieczność przy wykorzystaniu do szybkiej jazdy - seryjne elementy nie są zbyt trwałe.Jeśli chcemy jeździć szybko E36 po zakrętach, to trzeba w nim zmienić wszystko. Do swojego zamontowałem taki zestaw: amortyzatory Bilstein B6 (po ustawieniu na dziurawy asfalt), sprężyny Eibach Pro-kit, komplet poliuretanów. Do tego stabilizatory M-technic (które były już w momencie zakupu). Dopiero wtedy ten samochód zaczął się jakoś prowadzić. Nadal było oczywiście czuć masę tego auta, ale przynajmniej zaczęło skręcać. Jednak jakby nie odchudzać i nie modyfikować, to i tak E36 waży sporo. I żadne zawieszenie tego nie oszuka. Lżejsze i mniejsze auta są zawsze w stanie robić dużo lepsze czasy, mimo prostszego zawieszenia.Jest jednak rzecz, która nieco ratuje BMW - zachowanie w poślizgu i na mniej przyczepnych nawierzchniach. Nawet na seryjnym zawieszeniu jest nieźle. Na takim jakie zamontowałem, było już bardzo fajnie. Konstrukcja tylnego zawieszenia daje świetną trakcję, a długi rozstaw osi sprawia, że jak już zwalczymy podsterowność, auto zachowuje się niezwykle stabilnie. Jeśli ktoś szuka auta do poślizgania się, albo na pierwsze RWD, to E36 jest świetne. Przewidywalne, łatwe do opanowania - żeby je obrócić, to się trzeba na prawdę postarać. Mi jednak jazda poślizgami się znudziła dość szybko. No i bokiem nie jest szybko.Bywało sympatycznie - tu już na zestawie zawieszenia opisanym powyżej. Zdjęcie z: http://chuczun.blogspot.com/A co jeśli chcemy E36 użytkować normalnie, na co dzień? No to będzie na pewno łatwiej. Tak jak wspomniałem, przy zwykłej jeździe jest nawet ok. Gorzej, że zawieszenie, przez swoją dość skomplikowaną konstrukcję, tanie nie jest - coś za coś.Na plus na pewno układ kierowniczy (choć jak wspomniałem, warto zmienić seryjną kierownicę). Dość precyzyjny, wspomaganie nie przesadzone, akurat takie by się nie męczyć na parkingach, a wyczuć co się dzieje z kołami.Inna sprawa, wiele osób mówiło mi, że jazda zimą RWD to koszmar, bo się zakopać łatwo itd. Nie zdarzyło mi się to ani razu.HamulceMiałem zestaw od wersji 6-cylindrowej. Źle nie było, przesadnie dobrze też nie. Znów - czuć masę auta.PodsumowanieBMW E36 miałem przez około 2,5 roku. Jeździ nadal, już u nowego właściciela, który używa go do jazdy na co dzień i jest z niego zadowolony. Ja jednak się tym autem rozczarowałem - pierwsze wrażenie było świetne, a im bardziej ten samochód poznawałem, tym gorzej wypadał. E36 jest ciężkie, awaryjne, ciasne i ma pełno irytujących cech, które wymieniłem powyżej. Ogólnie sprawiło na mnie wrażenie auta mocno niedopracowanego. W wielu wypadkach pomysły projektantów były co najmniej dziwaczne, wiele rozwiązań wygląda na nieprzemyślane. Do tego niekiedy serwis jest mocno utrudniony - mimo dużej maski, panuje pod nią ciasnota. A jakby tego było mało, to w aucie mamy pełen przegląd rozmiarów i typów śrub. Torxy, imbusy i zwykłe, powrzucane bez ładu i składu - widok jakby ktoś wysadził w powietrze magazyn z artykułami metalowymi. Aż sprawdzałem w instrukcjach serwisowych - to nie druciarstwo poprzednich właścicieli, to kolejne przejawy bawarskiej fantazji. A szkoda, bo gdyby projektanci trochę bardziej się postarali, to mógłby to być na prawdę ciekawy wóz. Ma trochę cech, które da się polubić, ale niestety ciągle wyłażą jakieś niedoróbki.Cieszę się jednak, że miałem ten samochód. Dzięki niemu poznałem trochę jazdę autem z napędem na tył. No i nie ciągnie mnie już do BMW - wręcz przeciwnie. Jednak najciekawszą rzeczą w całej mojej historii z BMW jest to, jak szukałem swojego egzemplarza. Takiego "folkloru" jak w przypadku bawarskich pojazdów nie ma chyba wśród właścicieli żadnej innej marki! Jak szukałem następnego samochodu do KJS-ów to oglądałem różne auta. Przy żadnym jednak nie było takiego kabaretu jak przy opisanych już na blogu Wyprawach do Krainy Ortalionu. Szukanie BMW to jest przygoda! Czasem mam ochotę znów jeździć i oglądać wystawione na sprzedaż auta tej marki - tylko dla samego oglądania, a nie zakupu. Powstrzymuje mnie tylko obawa, że jeszcze gdzie znowu jakieś E36 kupię...Plusy:+ wygląd+ zachowanie w poślizgu i na śliskich nawierzchniach+ mechanicznie trwały silnik (poza wyciekami z pokrywy rozrządu)+ widoczność (poza lusterkami) + dostępność części - wszystko jest, czasem tylko w ASO, ale ogólnie jest.+ duży wybór wersji nadwoziowych i silnikowychMinusy:- awaryjność- masa- seryjne zawieszenie- ciasnota we wnętrzu- beznadziejne boczne lusterka wsteczne - mnóstwo dziwnych, problematycznych rozwiązań - niekiedy strasznie utrudnione serwisowanie (ciasnota pod maską, rozmieszczenie niektórych elementów)- bagażnik - koszmarnie trudno kupić nadający się do jazdy egzemplarz

Książkobezsens: Wspaniała obsesja Raymonda Maysa

AUTOBEZSENS

Książkobezsens: Wspaniała obsesja Raymonda Maysa

Dziś, po raz pierwszy na Autobezsensie, jest recenzja książki. Lektura jest dość nietypowa i niszowa, dlatego postanowiłem zrobić tu mini recenzję. Niedawno na blogu pojawiły się trzy wpisy o BRM (o silniku H16, a także historia aut wyposażonych w ich silnik V16 - część pierwsza i druga). Szukając w internecie informacji potrzebnych do stworzenia tych tekstów, natrafiłem na pewna dość ciekawą książkę. Nosi ona tytuł "Raymond Mays' Magnificent Obsession" i została wydana w 2015 roku, czyli jest dość świeża.  Znalazłem fragment w Google Books, poczytałem i stwierdziłem, że muszę to mieć. Książka jest po angielsku i tylko w jednej polskiej księgarni internetowej była możliwość zamówienia jej z UK. Dwa tygodnie później była już u mnie i mogłem się zabrać do lektury.Autorem jest Bryan Apps. Anglikański pastor, w wolnym czasie zajmujący się się tworzeniem obrazów przedstawiających samochody i kierowców wyścigowych. Nietypowy człowiek. Do tego, dawno temu, stworzył samobieżny kościół na bazie piętrowego autobusu Bristol z 97-konnym silnikiem (link do filmu). Oprócz tego, pan Apps jest fanatykiem BRM. I to od pierwszych lat powstania tego zespołu. Korespondował on z Ramondem Maysem (twórcą BRM, jak pamiętamy z linkowanych na początku wpisów) niemal przez cały okres istnienia BRM. A także z innymi osobami związanymi z BRM i F1 (m.in. Juan Manuel Fangio, Jackie Stewart). Wielu z nich (w tym Raymonda Maysa) poznał też osobiście. Mamy tu więc do czynienia z książką napisaną właściwie przez świadka tamtych wydarzeń.Najpierw zajmijmy się stroną wizualną. Książka jest wydana przez Veloce Publishing, które generalnie zajmuje się dość niszowymi publikacjami motoryzacyjnymi. Jakimś cudem utrzymują się z tego od ponad 20 lat. W każdym razie z zewnątrz "Wspaniała obsesja Raymonda Maysa" sprawia pozytywne wrażenie - gruba oprawa, porządny papier, wyraźna czcionka i piękne ilustracje. Właśnie - ilustracje. W całej książce jest tylko kilka-kilkanaście zdjęć. Cała reszta to obrazy stworzone przez Bryana Appsa. To, co początkowo może wydawać się wadą, szybko okazuje się zaletą. Wszystko jest namalowane z dużą dbałością o szczegóły. Na przykład, jeśli w danym wyścigu auto BRM miało proste rury wydechowe, to na obrazie przedstawiającym scenę z tego wyścigu też takie ma. W późniejszych już są zakrzywione wydechy. Ilustracje przywodzą na myśl dawne plakaty z wyścigów, dzięki czemu wprowadzają czytelnika w klimat tamtych lat. Mimo wszystko, myślę że dobrze byłoby dorzucić jednak nieco więcej zdjęć z epoki np. jako załącznik na koniec (obecnie w załączniku jest tylko trochę zdjęć aut BRM z w miarę obecnych czasów). Poza ilustracjami, w książce znalazło się też wiele listów pochodzącej z prywatnej korespondencji autora. I z tymi listami jest pewien problem. Otóż są one pokazane tak jak je stworzono. O ile w przypadku tych powstałych przy użyciu maszyny do pisania to nie problem, to już te napisane ręcznie czasami stanowią spore wyzwanie - nie każdy z autorów miał ładne pismo i niekiedy odczytuje się to niemal litera po literze. W takich przypadkach przydałoby się obok dać je przepisane w formie drukowanej, żeby czytelnik bez zamiłowania do hieroglifów także mógł poznać ich treść. No ale ja sam bazgrzę straszliwie, to w sumie chyba nie powinienem się czepiać.No a co z najważniejszą częścią każdej książki, czyli treścią? Cóż, mamy tu do czynienia z właściwie kompletną kroniką dwóch marek: ERA i BRM. ERA, dla przypomnienia, była pierwszym wyścigowym projektem Raymonda Maysa. Opisane jest to wyścig po wyścigu, w postaci krótkich notatek z każdych zawodów. Są to właściwie podane same fakty - kto był pierwszy w kwalifikacjach, jak przebiegał wyścig. Typowa kronika bez ozdobników. Podczas czytania opisów dotyczących wydarzeń z lat 50-tych, przydaje się nieco wiedzy dotyczącej dawnych wyścigów, ale da się wszystko zrozumieć i bez tego. Przy okazji sam dowiedziałem się paru ciekawostek. Jak choćby to, że w latach 30-stych, na niektórych zawodach był wręczany puchar dla najlepiej prezentującego się zespołu - liczył się ładny kombinezon kierowcy i zadbane auto. Pomiędzy wyścigami, są zaś wspomniane już listy, a także opisane przygotowania ekip ERA i BRM do kolejnych sezonów wyścigowych. Brakuje mi nieco większej ilości technicznych szczegółów, jeśli chodzi o auta. Choćby danych technicznych w formie tabelek. Ale za to możemy się dowiedzieć co zmieniono w BRM-ach z wyścigu na wyścig. Dla pasjonata dawnych wyścigów jest to bardzo ciekawa lektura. Opisany jest każdy start i każda awaria (w końcu to BRM!). Mnie wciągnęło! Ale ja uwielbiam dziwne konstrukcje wyścigowe i auta BRM. Jednak ktoś, u kogo wiedza o motoryzacji ogranicza się do SUV-ów z dieslami, a z motosportu kojarzy tylko Roberta Kubicę, zanudzi się. Nawet co bardziej zainteresowani historią sportu samochodowego też mogą się od tej publikacji odbić. To jest po prostu książka dla kogoś, kto chce poznać kompletną historię startów BRM i ERA. Ktoś taki będzie nią zachwycony. Dlatego nie żałuję ani złotówki, którą wydałem na Wspaniałą obsesję. A trochę tych złotówek było - około 190. No ale na pasji do brytyjskiej absurdalnej motoryzacji wyścigowej się nie oszczędza.PodsumowaniePlusy:+ opisany każdy wyścig, w którym brały udział auta ERA i BRM+ napisana właściwie przez świadka tych wydarzeń + korespondencja z ludźmi związanymi z BRM i ERA+ ilustracje+ jakość wydaniaMinusy:- niektóre listy niemal nieczytelne- przydałoby się więcej danych technicznych aut- spora cena (choć pamiętajmy, że jest to wybitnie niszowa książka) - kilka literówek pod koniecInnymi słowy, jeśli przeczytaliście wpisy na tym blogu odnośnie BRM i uznaliście ten temat za bardzo ciekawy, to polecam książkę "Wspaniała obsesja Raymonda Maysa". Pozostali zaś i tak raczej nie czytają tego bloga, a więc i recenzji.

Handlowy hit: trzy swapy

AUTOBEZSENS

Handlowy hit: trzy swapy

Przekładki silników (zwane z angielskiego swapami) to popularny temat w tuningu. Po co męczyć się z modyfikacjami jakiegoś słabego silnika, skoro można mieć taki, który większą moc ma seryjnie. W teorii ma to zapewnić lepsze osiągi przy zachowaniu fabrycznej bezawaryjności. Tyle teoria. W praktyce większość swapów jest festiwalem druciarstwa i tzw. "patentów". Tak było z moim byłym BMW, gdzie silnik M44B19 został przez poprzedniego właściciela zamontowany na osprzęcie z M42B18. Bo na forach BMW piszą, że to fajnie działa. Jeden problem jest taki, że działa koszmarnie. Dopiero po zmianie wszystkiego na M44, auto zaczęło jeździć jak powinno. I psuło się tylko to, co psuje się w M44 (czyli wszystkie czujniki po kolei plus jeszcze parę rzeczy). Ale to było jeszcze nic. W końcu poprawki tego swapa były dość proste - wystarczyło zrobić wszystko tak jak w seryjnym 318is i gotowe, można było się na to porwać, bo nadwozie było zdrowe, a sam silnik M44 w bardzo dobrym stanie mechanicznym. Gorzej byłoby w przypadku auta po swapie silnika, którego oryginalnie w danym modelu nie było. Plątanina kabli, osprzęt od kilku silników, mocowania dorobione byle jak - to taki zestaw obowiązkowy większości z nich (oczywiście nie wszystkich). Obecnie z wielkim zaciekawieniem obserwuję pewnego znajomego, który kombinuje jak wepchać silnik 2.0 Zetec do Fiesty mk3 przy jak najmniejszym budżecie. Dziś zaś przyjrzymy się kilku swapom już ukończonym, do tego wystawionym na sprzedaż. Oczywiście nie jestem w stanie ocenić, na ile porządnie zostały zrobione. Wszystkie jednak mają wspólną cechę. Są to auta z silnikami, które oryginalnie w nich nie występowały, do tego dość nietypowymi.1. Kubański MaluchNa Kubie, poza "słynnymi" autobusami Giron, jest pełno mistrzów mechaniki pojazdowej. Kubańczycy są w stanie zamontować dowolny silnik i dowolne zawieszenie w dowolnym nadwoziu. Jednym z popularniejszych kubańskich swapów jest zamontowanie silnika od Daewoo Tico do Fiata 126p. Robią to głównie dlatego, że części do Fiata są na Kubie mało dostępne. Inaczej jest w Polsce. Osoby chcące mieć nieco szybszego Malucha zazwyczaj decydują się na silniki 900, 1.1 albo 1.2 od większych modeli Fiata.Jednak ktoś stwierdził, że odtworzy kubański klimat w województwie małopolskim i postanowił również zamontować w 126p silnik od Tico. Plus stożkowy filtr powietrza i dość ciekawą izolację (?) komory silnika. Chłodnica została chyba umieszczona z przodu, co tłumaczyłoby ten wlot powietrza.W sumie, auto ma pewno zdecydowanie lepsze osiągi, niż z fabrycznym silnikiem 126p. Całość z urwaną półosią jest na sprzedaż za 2400 zł. Czyli jakieś trzy Daewoo Tico. link do ogłoszenia2. Klasyka swapów do klasykówStare, amerykańskie auta są znane z tego, że potrzebują dużo paliwa. A to przeszkadza w użytkowaniu ich w polskich warunkach. Dlatego jeszcze nie tak dawno, jednym pomysłów na ekonomiczne użytkowanie jakiegoś krążownika szos z kraju kwitnących hamburgerów (lub innego klasyka), było zamontowanie w nim silnika diesla od Mercedesa W123 200D. Osiągi znikały, ale znikało też duże zużycie benzyny. Dziś jednak swapy na diesla od "beczki" wyginęły. Nie wiadomo dlaczego. Osobiście podejrzewam, że ma to związek z coraz trudniejszą dostępnością tych silników.W ogłoszeniach znalazłem tylko Oldsmobile Delta 88 po swapie na diesla od W123 300D, czyli trzylitrowego, o mocy 90 KM. Jednak ten swap akurat ma jakiś sens. Otóż oryginalnie w tym egzemplarzu był diesel 5,7 GM (niepoprawnie opisany w ogłoszeniu jako turbodiesel). Potwornie awaryjna jednostka, zapewniająca umiarkowane osiągi. Diesel Mercedesa w prawdzie raczej tych osiągów nie poprawia, ale za to zapewnia jakąś bezawaryjność.Swoją drogą, biorąc pod uwagę, jak wyginęły z ogłoszeń auta z silnikami zmienionymi na diesla od "beczki", ciekawi mnie, czy za ileś lat nie zobaczymy ich znów wogłoszeniach, tym razem jako samochody po swapie "z epoki". Już widzę te ogłoszenia: "Prezentowany Dodge Charger ma autentyczny, wykonany we wczesnych latach 2000-ych swap na diesla od W123! Poczuj się jak dawniej, jeżdżąc prawdziwym amerykańskim autem z prawdziwym swapem na diesla od beczki". I cena większa od takiego auta z oryginalnym silnikiem...W każdym razie Oldsmobile z dieslem od W123 kosztuje obecnie 8900 PLN i jeśli wierzyć opisowi, jest dość zadbany. Szkoda, że w ogłoszeniu nie ma zdjęcia spod maskilink do ogłoszenia3. Wszystko w rodzinie GMNo a jak już przy GM jesteśmy, to nie sposób nie wspomnieć o Daewoo-FSO (któremu kiedyś poświęciłem spory wpis) i chyba najbardziej osobliwym swapie obecnie widocznym w ogłoszeniach. Zawsze twierdziłem, że w czasach swojej świetności, koreańska marka oferowała samochody idealnie zaprojektowane pod polskiego klienta. Tanie, proste, całkiem ładne - dużo auta za niedużo pieniędzy. Niestety, gdy Polacy zaczęli wielbić kombi z dieslami, w gamie Daewoo-FSO nie było takiego modelu. A przecież, gdyby w salonach można było znaleźć spore kombi z dieslem oferowane za atrakcyjna cenę, to taki pojazd mógłby się ~10 lat temu okazać hitem sprzedaży.Czego nie stworzyli inżynierowie Daewoo, powstało w województwie śląskim. Tam właśnie ktoś wpadł na pomysł zamontowania do Nubiry kombi silnika diesla z Opla Kadetta  (no w końcu też koncern GM). Tak, 1.6 diesel, bez żadnego doładowania. Wedle danych technicznych miał on 54 KM, wedle danych z ogłoszenia 70 KM... Tak czy inaczej, sporo mniej od fabrycznych silników montowanych w tym aucie. Duże ciężkie kombi, ze słabym, wolnossącym dieslem ze sporo starszego auta.  Obecnie Nubira diesel nie jeździ i jest do sprzedania za 2000 zł. Niestety, w tym ogłoszeniu również nie ma zdjęć spod maski.link do ogloszeniaPodsumowanieNajwięcej sensu ma chyba Oldsmobile. Nie tylko dlatego, że jako jedyny z przedstawionych dziś aut, jest w stanie się poruszać bez lawety. Po prostu fabryczny silnik w tym aucie był tak koszmarny, że cokolwiek by nie zamontowano, to i tak będzie lepiej. Maluch w prawdzie nie jeździ, no ale za to widać było jakiś sens tego swapa - miał być szybszy od seryjnego. Natomiast Nubira 1.6 D nie ma sensu w ogóle i dlatego najlepiej z tych aut pasuje na Autobezsens!

Zbiór dziwnych fur część 10

AUTOBEZSENS

Zbiór dziwnych fur część 10

Dziesiąta część Zbioru dziwnych fur.1. Chevrolet Inciner-8-orNajpierw spójrzmy na poniższe zdjęcie:źródło: superchevy.comNo Chevrolet z 1957 roku. odrestaurowany i nieco dyskusyjnie zmodyfikowany. Auto jakich w USA pełno. Nie do końca. W tym konkretnym egzemplarzu zamontowano coś nietypowego pod maską. Gdy ją otworzymy, ujrzymy to:źródło: superchevy.comW tej plątaninie chromu znajduje się silnik LT1 z Chevroleta Corvette wyposażony w osiem turbosprężarek. Po jednej na każdy cylinder. Auto powstało w firmie Aloha Automotive, a jego właścicielem jest Steve Sandlin. Z jakiegoś powodu uznał on, że aby mieć najlepszy egzemplarz Chevy'ego z 57-go roku, potrzebuje właśnie takiego systemu doładowania.w trakcie pracNie było łatwo dobrać turbosprężarki. Po długich poszukiwaniach, porównywaniu charakterystyk itd. ustalono, że najlepiej nadadzą się te z turbodiesla Forda o pojemności, montowanego w europejskich autach tej marki. Nie jestem pewien który to był turbodiesel - superchevy.com podaje, że miał on pojemność 1.9 litra. Jedyny diesel 1.9 w Fordach jaki mi przychodzi na myśl to ten z Galaxy - tylko że to było TDi z koncernu VW.W każdym razie potrzebne było dla tych wszystkich turbosprężarek zrobić oddzielne zasilanie olejowe, z 3,5-galonowym (13 litrów!) zbiornikiem zlokalizowanym za chłodnicą. Intercoolerów nie ma, bo nie było gdzie ich zmieścić. Turbosprężarki zlokalizowane są przed silnikiem, bo przy próbie umieszczenia ich po bokach, orurowanie wychodziło jeszcze bardziej skomplikowane.Auto ma maksymalną moc 730 KM przy 5800 obr/min. i maksymalny moment obrotowy wynoszący 962 Nm.2. Chrysler Cross RamPozostajemy w temacie amerykańskich aut. Na początku lat 60-tych Chrysler eksperymentował z czymś, co nazywało się Cross Ram. Był to dość specyficzny układ dwóch gaźników umieszczonych po przeciwnych stronach komory silnika. Miał za zadanie poprawić nieco moment obrotowy przy niskich obrotach. Nie utrzymało się to na rynku szczególnie długo.Mimo to, niedługo po zaprezentowaniu Cross Ram, zainteresował się nim Barney Navarro. Był on jedną z bardziej znanych postaci amerykańskich wyścigów na 1/4 mili (w ogóle ja się muszę kiedyś zabrać za opisanie historii kilku osób związanych z historią drag-racingu). Rozwinął on nieco pomysł Chryslera i stworzył system Cross Ram dla czterech gaźników.źródło: hotrod.comNiestety, na tym kończą się rzetelne informacje. Nie wiadomo ile takich kolektorów powstało, ani czy zostały zamontowane w jakimkolwiek aucie. Trafiłem na sugestie, że może było to przeznaczone do jakiegoś pojazdu tworzonego do bicia rekordów prędkości. Albo do łodzi motorowej.3. Promodet Porsche dragsterA teraz pozostajemy w temacie wyścigów na 1/4 mili (ale mi się dziś tematy w Zbiorze łączą). O firmie Promodet wspomniałem przy okazji historii Yatabe, a także opisu Yoshida Special 930. Japoński tuner Porsche zbudował tez chyba jeden z najciekawszych na świecie dragsterów opartych o model 911.źródło: http://promodet.blogspot.comW sumie z tym opieraniem się na 911 to lekka przesada. Mamy tu do czynienia z ramą przestrzenną, na którą nałożono nadwozie przypominające generację 993 najsłynniejszego modelu Porsche. Zachował się jednak sześciocylindrowy silnik typu bokser. Z jedną małą różnicą w stosunku do zwykłej 911-stki. Otóż silnik w aucie Promodet umieszczono... z przodu!źródło: http://promodet.blogspot.comWolnossący silnik napędzał koła tylne i pozwalał autu przejechać 1/4 mili w poniżej 10 sekund. W planach było zamontowanie silnika turbodoładowanego o mocy 700-800 KM i pojemności 3.8-4.0 litra, jednak nie udało mi się ustalić, czy kiedykolwiek tego dokonano. źródło: http://promodet.blogspot.com

Przegląd: słownik japońsko-europejsko-tuningowy

AUTOBEZSENS

Przegląd: słownik japońsko-europejsko-tuningowy

W ostatnim wpisie, w ramach dygresji, poruszyłem kwestię nazw japońskich firm tuningowych. Generalnie chodzi o to, że dla Japończyków, europejskie nazwy są równie egzotyczne, jak japońskie nazwy dla nas. W czasach świetności tuningu w naszym kraju wiele osób naklejało na auta rozmaite azjatyckie literki, kompletnie nie wiedząc co one oznaczają. No ale wyglądały fajnie, więc nikt nie zwracał uwagi. Podobnie jest z soshinoya - u nas symbolem JDM-u, a w Japonii symbolem świeżego kierowcy (o czym pisałem już tutaj). Dziś spróbuję pokazać, że zjawisko to działa także w drugą stronę. Oto przegląd najciekawszych europejsko brzmiących nazw japońskich firm tuningowych:Abflug - Niemieckie słowo "Abflug" oznacza "odlot", "odfrunięcie". Dość niefortunne, biorąc pod uwagę, że firma zajmuje się przede wszystkim produkcją pakietów aerodynamicznych, które mają właśnie odlatywaniu auta zapobiegać. Adres: http://abflug.jpBeeR - czyli po angielsku "piwo". Choć znani są także jako Bee Racing albo Bee*R. Tu akurat nazwa została wybrana świadomie. Firma zajmuje się głownie modyfikacjami Nissanów Skyline GT-R, i to właśnie stylizowane R z tego GT-R znalazło się w jej logo. Właściciel, pan Imai Kyonori, stwierdził w jednym z wywiadów, że po prostu bardzo lubi pić piwo i stąd ta nazwa.źródło: speedhunters.comBride - po naszemu "Panna Młoda". Firma znana jest z produkcji foteli kubełkowych. Są to chyba najczęściej podrabiane fotele na rynku. W Polsce można znaleźć na prawdę dużo chińskich podróbek Bride, niespełniających żadnych norm bezpieczeństwa i łamiących się od byle czego. Sprawia to, że kupno oryginalnych produktów Bride jest mocno utrudnione. Adres: http://www.bride-jp.com/trzymający potwórBuddy Club - "Klub kumpli". Jakkolwiek dziwnie by nie brzmiała ta nazwa, produkowane przez nich felgi wyglądają całkiem dobrze. Oprócz tego w ofercie Buddy Club można znaleźć rozmaite części do tuningu mechanicznego i wizualnego aut marki Honda. Adres: http://www.buddyclub.com/Do Luck - w tłumaczeniu z angielskiego "Rób Szczęście". Zajmują się głównie tuningiem Nissanów. Zarówno mechanicznym, jak i wizualnym. Adres: http://www.do-luck.com/DORF - po niemiecku "wieś". Firma zajmuje się tuningiem aut Porsche.Garage Defend - "Garaż Broń" zajmuje się głównie wytwarzaniem pakietów stylistycznych do Nissanów. Adres: http://www.defend.co.jp/Hippo Sleek - "Hipopotam gładki". Jak sama nazwa wskazuje, firma tworzy pakiety stylistyczne, spojlery itp.Kids Heart - "Dzieciaki Serce". Nie mam pojęcia co kierowało osobą wybierającą tą nazwę. Jeszcze, żeby było "kid's" (z apostrofem) to by wyszło "Serce dzieciaka". Sam nie wiem które lepsze. Firma zajmuje się przygotowywaniem aut marki Nissan do driftu. źródło: http://www.driftworks.comMine's Wave - angielskie słówko "mine" oznaczające "moje" (albo "kopalnia", "mina", zależnie od kontekstu) z doczepionym apostrofem i literą "s". Do tego "wave", czyli "fala". Nie jest jasne, co autor miał na myśli, ale firma jest jednym z najbardziej znanych tunerów Nissanów i Mitsubishi. Adres: http://www.mines-wave.com/Moonface - "Księżycowa twarz" oferuje zestawy zawieszeń i pakietów stylistycznych do szerokiej gamy samochodów. Adres: http://www.moonface.co.jp/Rauh Welt Begriff (RWB) - Jak Japończycy biorą się za angielski to wychodzi zabawnie. Jak się wezmą za niemiecki to jest, jak widać, jeszcze lepiej. W dosłownym tłumaczeniu ta nazwa brzmi tak: "Szorstkie Wyobrażenie Świata" ("rauh"- szorstki, "welt" - świat", "begriff" - wyobrażenie, pojęcie). Totalnie bez sensu. Ale brzmi europejsko, więc dla japońskiego klienta jest egzotycznie. Z resztą, pamiętam wywiad z założycielem, opublikowany chyba na Speedhunters - stwierdził on tam mniej więcej, że wszystko jedno co to znaczy, ważne, że po niemiecku. RWB zajmuje się tworzeniem zestawów stylistycznych dla Porsche. Nisko, ekstremalnie szeroko, z wielkimi spojlerami. Silnik, poza nielicznymi wyjątkami, zazwyczaj pozostaje seryjny bądź delikatnie tylko podkręcony. Adres: http://rwb.jp/"sekund", "second" co za różnica - grunt, że "po europejskiemu"Spoon - czyli "Łyżka". Jedna z bardziej znanych firm zajmujących się tuningiem aut marki Honda. Zarówno mechanicznym, jak i stylistycznym. I to na bardzo wysokim poziomie. Adres: http://www.spoon.jp/Trial - "próba". Felgi, pakiety stylistyczne, układy wydechowe. Adres: http://www.trial.co.jp/I to tyle. Są pewnie jeszcze inne takie firmy, o jeszcze bardziej osobliwych nazwach. Ale na tyle mało znane, ze zwyczajnie o nich nie słyszałem. Wiele z przedstawionych dziś nazw nie ma sensu. Ale czy muszą mieć? W końcu najważniejsze jest, by produkty spełniały oczekiwania klientów. A jakimś GT-R przerobionym przez Mine's to ja bym bardzo chętnie jeździł. Tak samo jak kusi mnie zamontować w swojej Hondzie kilka elementów z logo Spoon.

Motohistoria: Yoshida Special 930 - jeszcze trochę Mid Night

AUTOBEZSENS

Motohistoria: Yoshida Special 930 - jeszcze trochę Mid Night

No to jazda dalej z uzupełnieniami starych wpisów. Tym razem uzupełnienie historii Mid Night Club. Wspomniałem tam o pewnym bardzo szybkim Porsche. Ostatnio trafiłem na trochę informacji odnośnie tego egzemplarza. Oczywiście jak to z tematem Mid Night bywa, mitów jest więcej niż rzetelnych informacji.Auto to zostało zbudowane na początku lat 90-tych i jak to bywa ze zmodyfikowanymi autami, przez cały okres użytkowania stawało się mocniejsze. Bazowalo na Porsche 911 Turbo serii 930. Nie jest jasne co oznaczała nazwa Yoshida Special. Wg. jednych źródeł jest to firma tuningowa, która przygotowywała ten samochód. Według innych, to nazwisko lub pseudonim właściciela. W każdym razie nie znalazłem informacji, by kiedykolwiek istniała firma o tej nazwie, a auto ma też naklejki innych warsztatów zajmujących się tuningiem (AB-FLUG, TOWA Auto Works, Auto Garage TBK). Właścicielem zaś był pewien osobnik, który z wykształcenia był lekarzem, ale zarabiał na życie handlując samochodami.Podobno chciał on stworzyć auto szybsze od słynnego RUF CTR Yellowbird, który osiągał 342 km/h. Aby tego dokonać, potrzebował nie tylko dużej mocy, ale także odpowiedniej aerodynamiki.Z zewnątrz rzuca się w oczy zmieniony przedni zderzak pochodzący z firmy TBK. Wmontowano w niego spore reflektory - w końcu auto miało być użytkowane głownie w nocy/Zamontowano też bardziej aerodynamiczne lusterka wsteczne TBK. W miejscu tylnej bocznej szyby znalazł się wlot powietrza do silnika. źródło: speedhunters.comCiekawostką jest to, że auto było pozbawione wycieraczek przednich - aerodynamika przede wszystkim.źródło: speedhunters.comW środku zmiany nie były zbyt ekstremalne. Podobno właściciel uparł się, że samochód ma pozostać autem ulicznym, wiec wywalanie wszystkiego do gołej blachy nie wchodziło w grę. Pojawiły się jednak inne fotele, szelkowe pasy i jakaś klatka bezpieczeństwa (choć znając podejście japońskich tunerów do tej kwestii, wątpię by była zgodna np. z wymaganiami FIA). Oprócz tego pojawiła się inna kierownica, dodatkowe wskaźniki na desce rozdzielczej i nowa tapicerka wnętrza. Między fotelami zamontowano gałkę służącą do sterowania ciśnieniem doładowania.źródło: speedhunters.comSilnik został rozebrany i poskładany na nowo, przy użyciu wytrzymalszych części. Niestety, nie są znane szczegóły. W każdym razie miał 500 KM. Zadowolony właściciel zabrał więc auto na tor Yatabe (którego historię możecie znaleźć tutaj). Udało się osiągnąć 302 km/h, po czym silnik eksplodował.Cóż, pozostało spróbować jeszcze raz. Tym razem podobno użyto części z wyścigowych Porsche 934 i 935. Gotowy silnik miał 620 KM (albo 610, jak podają niektóre źródła). Ciężko cokolwiek więcej powiedzieć - dokładnej specyfikacji nie udało mi się znaleźć, a na zdjęciach praktycznie wszystko zasłania spory intercooler.źródło: speedhunters.comWielokrotnie próbowano pobić rekord Yellowbird'a, jednak nigdy to się nie udało. Nadal jednak było to bardzo szybkie auto, zdolne przez dłuższy czas jechać z prędkością ponad 300 km/h. Podobno właśnie to Porsche było najgroźniejszym rywalem Nissana Fairlady Z, którego specyfikację podałem we wpisie o Mid Night Club.Oba auta zainspirowały twórców mangi, anime i filmów z serii Wangan Midnight - pojawiało się w niej czarne Porsche zwane Blackbird, które było oparte na opisywanym dziś samochodzie.Czyli co? Z ulicy do filmu i tyle? A gdzie tam! Otóż po pewnym czasie stwierdzono, że skoro twórcy Wangan Midnight zainspirowali się opisywanym dziś autem, to można by zainspirować się nimi i stworzyć realną wersję Blackbirda.Auto to, również oparte o Porsche 911 serii 930, powstało przy współpracy z firmami Promodet (którą możecie pamiętać z wpisu o Yatabe) oraz DORF. Swoją drogą, nie ma to jak japońskie nazwy firm -"dorf" po niemiecku znaczy "wieś". Cóż, dla Japończyków europejskie nazwy brzmią egzotycznie i nie zwracają uwagi na ich znaczenie. Zanim zaczniecie się śmiać, przypomnijcie sobie ile osób naklejało sobie rozmaite azjatyckie znaczki na auta - one też mogły oznaczać różne rzeczy. No ale wracamy do auta.Wyglądem zewnętrznym zajęły się firmy RWB (poszerzenia) i Auto Garage TBK. Spojler wykonało zaś GruppeM. Stylistycznie auto różniło się od samochodu zaprezentowanego w Wangan Midnight, ale wygląd wymusiła aerodynamika. Samochód miał osiągać duże prędkości.Silnik pochodzi z serii 993, konkretnie z modelu Turbo S. Nie wiadomo co dokładnie jest w nim zmienione, ale podobno auto ma 600 KM przy 8000 obr/min. Znalazłem dość osobliwą informacje, że turbosprężarka w nim pochodzi od McLarena MP4/4 (takiego, którym Ayrton Senna zdobył mistrzostwo świata F1 w 1988). Osobiście jednak niezbyt chce mi się w to wierzyć - to turbo było skonstruowane pod bardzo wysokoobrotowy silnik o małej pojemności i jego charakterystyka raczej nie pasowałaby do 3,6 litrowego boksera Porsche. A inna sprawa, że przy dostępności różnego rodzaju turbosprężarek, doprawdy pchanie się w coś tak trudno dostępnego wydaje się kompletnie absurdalne. No ale, innych informacji nie znalazłem.W każdym razie samochód miał być dalej modyfikowany. Celem było zbudowane Porsche zdolnego pojechać 400 km/h. Niestety, próby nigdy nie podjęto i nie wiadomo co się z tym autem obecnie dzieje.Wiadomo jednak, co dzieje się z oryginalnym 930 Yoshida Special. Auto obecnie jest na sprzedaż i można je oglądać u jednego z japońskich dealerów zajmujących się sprzedażą luksusowych samochodów. Znajduje się na wyspie Odaiba, tuż obok Tokio. Cena podawana jest tylko poważnie zainteresowanym.Taniej pewno wyjdzie kupno takiego modelu: Ale niestety nie wiem jaka firma go produkowała. Nie znalazłem też żadnego sklepu, który miałby go w swojej ofercie.

Technobezsens: swamp cooler

AUTOBEZSENS

Technobezsens: swamp cooler

Klimatyzacja jako wyposażenie samochodu, mimo że istnieje od wielu lat (pierwsze auto z fabryczną "klimą" to Packard z 1939 roku), stała się na prawdę popularna dopiero stosunkowo niedawno. Obecnie właściwie nikt z kupujących nowe auta nie wyobraża sobie, żeby miało jej nie być w wyposażeniu. A jeszcze około dwóch dekad temu, to urządzenie było traktowane jako luksus. Nawet wśród aut wyższych segmentów nie było oczywistością - moje byłe BMW E36 z 1993 roku nie miało jej w ogóle (ten egzemplarz - ogólnie w E36 była, ale za dopłatą). A w momencie wejścia na rynek nie było to bynajmniej tanie auto. Oczywiście w czasach jeszcze dawniejszych było z tym jeszcze gorzej. Dziś jednak zobaczymy jak wyglądał pewien przodek klimatyzacji. Bo upal w aucie był problemem niemal odkąd upowszechniły się nadwozia zamknięte.  Było to coś, co w języku angielskim czasem nazywane jest "swamp cooler" (tłumacząc dosłownie: "bagienna chłodziarka" - głupio to brzmi, więc zostaję przy oryginalnej nazwie). Było popularne głownie w USA. Pierwsze tego typu konstrukcje powstały w latach 30-stych XX wieku. Najbardziej znane firmy oferujące ten wynalazek to Thermador, Sears Roebuck (Allstate), Classic Aire, i Star Mfg.Konstrukcja takiego urządzenia była prosta - swamp cooler wykorzystywał zjawisko chłodzenia przez odparowywanie. Mówiąc najprościej jak się da, ciepło otoczenia idzie na odparowanie wody, dzięki czemu powietrze wokół takiego "klimatyzatora" jest chłodniejsze. Coś jakbyśmy w gorący dzień poszli nad jezioro. Tylko tutaj "jezioro" zabieramy ze sobą. W swamp coolerach stosowano wkłady np. z drewna balsy, które nasiąkały wlewaną do środka wodą i były elementem chłodzącym. Działało to tak: 1. Woda (wlewana do urządzenia przed podróżą) nasącza wkład2. Podczas jazdy, wokół tego wkładu przepływa powietrze z zewnątrz (które dzięki temu zostaje schłodzone), 3. Tak schłodzone powietrze, wpada do auta.Swamp cooler był montowany zazwyczaj do górnej krawędzi drzwi od strony pasażera. Otwierało się okno i podczas jazdy chłodne, wilgotne powietrze leciało do wnętrza auta. Urządzenie miało jednak wady - zauważalne efekty dawało tylko, gdy pojazd był w ruchu oraz gdy wilgotność powietrza była niska. O ile ten pierwszy problem dawało się jeszcze rozwiązać montując wiatraczki, to drugi sprawiał, że swamp coolery były popularne właściwie tylko w południowo-zachodnich stanach USA (Arizona, Nowy Meksyk, Texas itd.).  Cechy te sprawiły, że tego typu urządzenia właściwie zniknęły z rynku około 1960-go roku. Obecnie jednak, znów zyskują na popularności. Przede wszystkim wśród miłośników klasyków - swamp cooler jest często uznawany w USA za wspaniały dodatek "z epoki" do właśnie odrestaurowanego zabytkowego pojazdu. Oprócz znajdywanych gdzieś w szopach i na złomowiskach, odnawianych oryginalnych takich urządzeń, pojawiły się też firmy oferujące nowe tego typu "klimatyzatory".  Ogólnie rzecz biorąc urządzenie nie jest skomplikowane i myślę, że można by je bez większych trudności wykonać samemu. Ciekawe czy ktoś się zainspiruje tym wpisem i zobaczymy na ulicy np. starego Forda Fiestę ze swamp coolerem za oknem...

Motohistoria: downsizing w wykonaniu BRM - część druga

AUTOBEZSENS

Motohistoria: downsizing w wykonaniu BRM - część druga

Czas  na część drugą historii BRM V16. Innymi słowy jest to kontynuacja uzupełnienia wpisu o BRM. Brzmi bez sensu, no ale to Autobezsens, więc pasuje.BRM Type 15 był ukończony w grudniu 1949 roku, po czym w 1950 rozpoczęły się testy. Trwały one do maja, kiedy auto zostało wystawione w Grand Prix Wielkiej Brytanii. Podczas treningu pękały głowice, tłoki i korbowody. Przejechano łącznie 7 okrążeń demonstracyjnych i stwierdzono, że debiut należy przełożyć. Nastąpił on podczas niezaliczanego do żadnych mistrzostw wyścigu na torze Silverstone, zorganizowanego w sierpniu 1950. Auto dotarło na tor dopiero w dzień wyścigu. Ponieważ nie brało udziału w sesjach kwalifikacyjnych, miało ruszyć z ostatniego miejsca. I ruszyło - odrobinkę. Przejechało kilka centymetrów, po czym rozleciało się przeniesienie napędu.źródło - http://www.nationalmotormuseum.org.ukMiesiąc później, na również niezaliczanej do żadnych mistrzostw, imprezie w Goodwood, poszło zdecydowanie lepiej. W ulewnym deszczu rozegrano kilka krótkich wyścigów, na mierzącym 3,8 km torze. Reg Parnell jadący BRM Type 15 wygrał dwa - na 5 i na 12 okrążeń. Mimo trudnych warunków pogodowych, udało mu sie nie tylko opanować potwornie mocny samochód, ale także pokazać, że to auto może być na prawdę szybkie.BRM Type 15 w Goodwood 1950 (?), źródło - http://www.nationalmotormuseum.org.ukDwa auta zgłoszono więc do, niezaliczanego do Mistrzostw Świata F1, wyścigu Grand Prix Penya Rhin, na hiszpańskim torze Pedralbes. Kierowcami byli Reg Parnell i Peter Walker. W kwalifikacjach BRM-y pokazywały, że mają świetną szybkość na prostych, ale na zakrętach były dużo wolniejsze od nowego auta Ferrari, wyposażonego w 4,5-litrowy, wolnossący silnik. Niestety, przez kłopoty techniczne, żaden z Type 15 nie ukończył zawodów.Nadszedł jednak sezon 1951 i znów pojawiła się okazja pojechać Grand Prix Wielkiej Brytanii. Niestety, pojawiły się pewne kłopoty. Układ wydechowy Type 15 był poprowadzony dość blisko kierowcy. W dotychczasowych, krótkich wyścigach nie stanowiło to problemu, ale w długim GP na torze Silverstone, atmosfera w kokpitach Walkera i Parnella zaczęła się robić, delikatnie mówiąc, gorąca. Obaj musieli zjeżdżać do boksu i owijać nogi opatrunkami przeciwoparzeniowymi. A oprócz tego starali się nie przekraczać 10 500 obr/min, by utrzymywać temperaturę na dającym się wytrzymać poziomie. Mimo to, oba BRM-y dojechały do mety - Parnell był piąty (5 okrążeń straty do zwycięzcy), Walker siódmy (6 okrążeń straty).Następnym wyścigiem dla Type 15 miało być Grand Prix Włoch na torze Monza. Niestety, podczas treningów wyszły problemy ze skrzynią biegów i oba auta nie wzięły udziału w wyścigu. Po Grand Prix, jeden egzemplarz Type 15 pozostał we Włoszech - miały się odbyć kolejne testy, podczas których zamontowano w nim, po raz pierwszy w historii aut F1, hamulce tarczowe.źródło www.speedhunters.comI na tym zakończyła się wyścigowa aktywność BRM w sezonie 1951. Następny rok miał być tym przełomowym. Do zespołu dołączył Stirling Moss, na początek w charakterze testera, choć szybko stał się pełnoprawnym kierowcą zespołu. Wystartował on w niezaliczanym do mistrzostw F1, Ulster Trophy. Jednak nie dojechał do mety z powodu awarii (tak samo jak drugi zgłoszony BRM). Lepiej było w Goodwood - BRM wystawił tam trzy auta, które zajęły trzy pierwsze miejsca.Raymond Mays zamierzał w sezonie 1952 dołożyć wszelkich starań, by pokazać swoje dzieło z jak najlepszej strony. Dlatego zaangażował do zespołu słynnego Juana Manuela Fangio, który w w 1951 roku zdobył swoje pierwsze mistrzostwo F1. Fangio po przejażdżce Type 15 powiedział, że samochód bardzo mu się podoba. Potrafił nim pojechać bardzo płynnie i opanować gwałtownie rozwijaną moc silnika. Aby odpowiednio przygotować auto dla tego świetnego kierowcy, zespół odpuścił, niezaliczane do mistrzostw, GP Turynu i skupił się na testach. Niestety, mniej więcej w tym samym czasie, decyzję o rezygnacji ze startów w Formule 1, podjął zespół Alfa Romeo. Na placu boju zostało tylko Ferrari i, niekonkurencyjne wtedy, Maserati. Plus BRM, który w ogóle nie wiadomo było czy gdziekolwiek pojedzie, mimo zapewnień Maysa. Władze F1 podjęły więc decyzję o zmianie regulaminu. Aby umożliwić start większej liczbie zespołów, zdecydowano, że sezon 1952 zostanie rozegrany wedle reguł Formuły 2. Tym samym BRM Type 15 nie spełniał już regulaminu i nawet jeśli udałoby się go uczynić bezawaryjnym, to i tak nie mógłby wystartować. Zespołowi BRM zostały już tylko wyścigi niezaliczane do Formuły 1. Zamierzali choć w nich pokazać na co stać ich V16. Juan Manuel Fangio brał czynny udział w pracach mających na celu usprawnienie Type 15. Poprawiono chłodzenie, układ wydechowy, a także podniesiono fotel kierowcy. Fangio stwierdził, że lubi widzieć dokąd jedzie, co przy dotychczasowym miejscu zamocowania fotela było dość trudne (ale za to obniżało środek ciężkości!).Tak poprawione auto wystawiono w wyścigu na torze Albi. Juan Manuel Fangio i José Froilán Gonzalez (drugi kierowca BRM w tym wyścigu) w pewnym momencie zajmowali dwa pierwsze miejsca. Ale obaj nie dojechali do mety. U Fangio zawiodła głowica, u Gonzaleza tłok.Tydzień później Type 16 pojechało w Ulster Trophy 1952. Fangio miał jednak znów kłopoty techniczne i nie osiągnął mety. Krótki film z wyścigu można znaleźć na YouTube. Dźwięku niestety nie ma, ale jest psujący się BRM:Po tych zawodach, Fangio został zapytany, czy kiedykolwiek jeszcze wsiądzie do auta BRM. Samochód był awaryjny, trudny w prowadzeniu, nie mógł startować w F1 (co uniemożliwiło słynnemu kierowcy obronę tutułu!), a mimo to Fangio odpowiedział:"Wsiądę. Uważam to auto za najlepszy samochód Formuły 1 jaki zbudowano. Potrzeba tylko dopracować pewne szczegóły. Żaden inny samochód nie dostarczył mi tylu wrażeń!"Niestety, niedługo po tej wypowiedzi, Juan Manuel Fangio miał wypadek podczas jazdy swoim Maserati i aż do sezonu 1953 nie był w stanie nigdzie startować.Mays musiał poszukać zastępcy. Na testy auta zaproszono bardzo szybkiego Mike'a Hawthorna, jednak ten nie był zachwycony:"To beznadziejne! Ilekroć zejdę poniżej 8000 obr/min, znika cała moc. Po czym nagle, kiedy już wrócę do 8000 obr/min, mocy nagle znów przybywa i ciężko utrzymać auto na prostej!"Po czym uciekł do Ferrari. Jakby tego było mało, ludzie finansujący BRM mieli dość ciągłych problemów z Type 15. Postanowiono wszystko sprzedać. Najlepsza oferta przyszła ze strony Alfreda Owena, z Rubery Owen Group.Louis Rosier przed José Froilán Gonzalezem na torze Albi w 1953 rokuNowy właściciel nadal zamierzał wystawiać auta z V16 w wyścigach. W 1953 roku, na podczas oczywiście niezaliczanego do mistrzostw Formuły 1, Grand Prix d'Albi udało się osiągnąć całkiem sensowny wynik. W kwalifikacjach, pierwsze miejsce zajął Juan Manuel Fangio. Również jadący BRM-ami Gonzalez i Ken Wharton, zajęli odpowiednio trzecią i czwartą pozycję. Fangio wygrał również jeden z krótkich wyścigów kwalifikacyjnych (taki format imprezy - były zarówno kwalifikacje jak i wyścigi kwalifikacyjne), tuz za nim dojechał Wharton, a Gonzalez był piąty. W wyścigu głównym zespołowi poszło już nieco gorzej - Wharton kompletnie rozbił swoje auto. Kierowca został wyrzucony z samochodu i jakimś cudem nie odniósł poważniejszych obrażeń.Rozbite auto Kena Whartona na Albi w 1953 rokuFangio zaś odpadł z rywalizacji przez pękniętą oponę, której kawałki uszkodziły piastę. Ale Gonzalez zdołał doprowadzić Type 15 na drugim miejscu, za 4,5 litrowym Ferrari, którym jechał Louis Rosier. Wyścig pokazał kolejny problem z autem BRM - straszliwie darło opony. Tylko na dwóch przednich kołach auta Gonzaleza zachował się jakikolwiek bieżnik (o slickach wtedy jeszcze nikt nie myślał) - obie tylne były zaś kompletnie zdarte. Nic dziwnego - samochód miał problemy z trakcją jeszcze na czwartym biegu. Nie przeszkadzało to jednak jego kierowcom zbliżać się do 300 km/h (!) na długich prostych francuskiego toru.Inny kierowca Ferrari w tym wyścigu, Alberto Ascari, wspomniał potem, że przez hałas jaki generowały BRM-y nie słyszał nawet własnego silnika.Silnika zaś możemy posłuchać także dziś - nagrano kiedyś płytę z jego dźwiękiem. Takie coś można było sobie potem kupić i odpalać w domu. Sir Stirling Moss, gdy się o tym dowiedział, był podobno zaskoczony że V16 wytrzymało tak długo bez awarii, by móc go nagrać. Inne nagranie z dźwiękiem BRM V16 znalazło się na płycie CD dołączanej do książki "Into the Red". Książka ta została napisana przez... Nicka Masona - perkusistę Pink Floyd, prywatnie właściciela jednego z zachowanych BRM-ów V16. Nagranie jest na YouTube - link.W każdym razie po wyścigu w Albi, do zespołu dołączył Tony Rudd, którego pewno pamiętacie z wpisu o silniku H16. Miał on pomysł, żeby zbudować krótszą i lżejszą wersję auta. Powstały dwa egzemplarze, jeden z nich przy wykorzystaniu części z rozbitego samochodu Whartona. Gotowe auta, nazwane Type 30, miały zmodernizowane tylne zawieszenie i były o 70 kg lżejsze od Type 15. Był też mniejszy bak paliwa - 190 litrów. Auto było krótsze od poprzednika o sześć caliBRM Type 30Brały one udział w wyścigach Formuły Libre w 1954 i 1955 roku i szło im tam całkiem nieźle. Choć konkurencja nie była przesadnie mocna - poważne zespoły skupiały się na Formule 1.BRM Type 30W każdym razie BRM-y Type 30 wygrały 16 z rozegranych 33 wyścigów - w tym czasie silnik V16 był już w stanie przejechać dystans wyścigu bez większych awarii.Kierowcami byli Ron Flockhart i Ken Wharton. Okazyjnie także Fangio i Parnell. Zaś w 1955 dołączył do zespołu Peter Collins. Poniżej wyniki wyścigów, które udało mi się znaleźć: Data Wyścig Wynik kierowców BRM 18.07.1953 GP Wielkiej Brytanii na torze Silverstone – wyścig Formuły Libre na 50 okrążeń Juan Manuel Fangio – II miejsceKen Wharton – III miejsce 25.07.1953 USAF Trophy na torze Snetterton Ken Wharton – I miejsce w wyscigu Formuły Libre, a także I miejsce w wyścigu USA Invitation 15.08.1953 International Charterhall, Szkocja Reg Parnell – wypadek podczas treningu, auto zbyt uszkodzone by brać udział w wyścigu, kierowca bez obrażeńKen Wharton – I miejsce i nowy rekord okrążenia 26.09.1953 Woodcote Cup na torze Goodwood – 5 okrążeń Juan Manuel Fangio – II miejsceKen Wharton – III miejsce 26.09.1953 Goodwood Trophy – 15 okrążeń Juan Manuel Fangio – nie ukończył przez awarię skrzyni biegówKen Wharton – II miejsce 03.10.1953 Wyścig na torze Castle Combe Ken Wharton – I miejsce 09.01.1954 GP Auckland, Nowa Zelandia Ken Wharton – miał problem z przebitym przewodem hamulcowym i dojechał na drugim albo trzecim miejscu, ciężko o dokładne źródło. Wiadomo, że w aucie działaly tylko tylne hamulce! 07.02.1954 Lady Wigram Trophy, Christchurch, Nowa Zelandia Ken Wharton – III miejsce prowadził przez większą część wyścigu, niestety na koniec musał zjechać do boksów po paliwo (albo naprawić usterkę w układzie paliwowym) 19.04.1954 Chichester Cup, tor Goodwood – 5 okrążeń Ken Wharton – I miejsce w Type 30Ron Flockhart – IV miejsce w Type 15 19.04.1954 Glover Trophy, tor Goodwood – 21 okrążeń Ken Wharton – I miejsce w Type 15 mimo uszkodzeń po wypadku z Maserati. Ostatni wyścig Type 15Ron Flockhart – IV miejsce w Type 30, miał problemy z silnikiem 24.04.1954 Wyścig na torze Snetterton Ron Flockhart – I miejsce 08.05.1954 Wyścig na torze Ibsley Ron Flockhart – I miejsce 31.05.1954 Wyścig Aintree 200 Ken Wharton – czwarty w wyścigu kwalifikacyjnym, w wyścigu głównym wypadł z trasyRon Flockhart – wygral wyścig kwalifikacyjny, trzeci w wyścigu głównym, stracił sporo czasu wypadając z trasy 05.06.1954 Whitsun Trophy na torze Goodwood Ron Flockhart – II miejsceKen Wharton – V miejsce 14.08.1954 Wyścig na torze Snetterton Ron Flockhart – III miejsce 28.08.1954 Hastings Trophy na torze Castle Combe Ron Flockhart – II miejsce 04.09.1954 Wyścig na torze Charterhall Ron Flockhart – odpadł po pierwszym okrążeniu po tym jak kamień wpadł do gaźnika 25.09.1954 Wyścig na torze Goodwood Ken Wharton – II miejsceRon Flockhart – wypadł z trasy na pierwszym okrążeniu 02.10.1954 Wyścig na torze Aintree Ken Wharton – odpadł z powodu wypadkuRon Flockhart – III miejsce, problemy z układem zapłonowym 11.04.1955 Chichester Cup na torze Goodwood Peter Collins – I miejsce 28.05.1955 Wyścig na torze Snetterton Peter Collins – prowadził przez 6 pierwszych okrążeń, odpadł w wyniku kolizji z dublowanym zawodnikiemRon Flockhart – II miejsce 13.08.1955 Wyścig na torze Snetterton Peter Collins – odpadł z powodu awarii półosi 03.09.1955 Wyścig na torze Aintree Peter Collins – I miejsce 02.10.1955 Empire News Trophy na torze Castle Combe Ron Flockhart – II miejsce Po sezonie 1955, szesnastocylindrowe auta BRM nie pojawiały się już na torze inaczej niż podczas przejazdów demonstracyjnych. W latach 60-tych jeden z takich przejazdów wykonał nawet słynny Graham Hill. W czasach obecnych BRM V16 można zobaczyć podczas imprez typu Goodwood Revival i Goodwood Festival of Speed: Powyższy egzemplarz znajduje się w posiadaniu National Motor Museum Trust - jego odbudowa była częściowo finansowana z datków od osób pasjonujących się historią BRM.A tu, w 1999 roku José Froilán Gonzalez jedzie BRM Type 15 podczas imprezy na torze Silverstone:BRM V16 był jedną z największych osobliwości Formuły 1. Pod wieloma względami auto wyprzedzało swoje czasy - użycie małego doładowanego silnika było wizjonerskim pomysłem, który powrócił na tory F1 dopiero pod koniec lat 70-tych w Renault i do perfekcji został rozwinięty w następnej dekadzie przez pozostałe zespoły. O turbodoładowanych autach z lat 80-tych pamięta wielu, o niewiele słabszym BRM zaś niemal wyłącznie miłośnicy absurdalnej motoryzacji.BRM Type 15, źródło - www.speedhunters.comMimo wszystko uważam, że to był na prawdę dobry samochód, choć wymagający dopracowania. Jak pokazał Fangio, w odpowiednich rękach stanowił bardzo silną konkurencję dla Ferrari. Niestety, auto padło ofiarą zmian przepisów i problemów wynikających z wizjonerskiej konstrukcji. Raymond Mays do końca swoich dni bronił tego pomysłu na silnik. Swoją drogą, może to właśnie z poczucia niewykorzystanej szansy, zespół BRM po latach wziął się za budowę absurdalnego silnika H16?A inna sprawa: potwornie skomplikowany, doładowany silnik o małej pojemności i dużej mocy charakteryzujący się ogromną awaryjnością. Czy nie tak wygląda wiele współczesnych aut osobowych? A mi się do niedawna wydawało że już od dawna w obecnie projektowanych autach nie korzysta się z pomysłów opracowanych na torach...

Motohistoria: downsizing w wykonaniu BRM - część pierwsza

AUTOBEZSENS

Motohistoria: downsizing w wykonaniu BRM - część pierwsza

Jakoś ostatnio piszę same motohistorie i to jeszcze uzupełniające poprzednie motohistorie. No ale ciekawych newsów o absurdalnych samochodach mało, to trzeba sięgać w przeszłość. A BRM akurat absurdów dostarczyło sporo. Niedawno był wpis o silniku H16 przez nich skonstruowanym. Tam tez wspomniałem o ich doświadczeniach z jednostkami V16. I dziś właśnie o V16 zamierzam napiać. Przez chwilę wahałem się, czy tworzyć ten tekst - na jednym z polskich blogów znalazłem wpis o tych silnikach i już miałem stwierdzić, ze nie ma sensu tego tematu kopiować na Autobezsens. Ale okazało się, że autor tamtego tekstu narobił tyle błędów, mieszając H16 z V16, że dzisiejszy wpis stał się niemal koniecznością. I znów wyszedł strasznie długi materiał. Dlatego podzielę go na dwie części - w jednej opisana zostanie technika, a w drugiej starty pojazdów z tym silnikiem.Początki Formuly 1 to dość ciekawe czasy - regulamin ustalał się właściwie z dnia na dzień. Co powodowało nieco frustracji wśród konstruktorów aut. Samochód, który do tej pory bez problemów spełniał regulamin, mógł nagle okazać się niedopuszczony do startu, bo zmieniły się przepisy. I trzeba wszystko od nowa projektować. Albo uprzeć się przy swoim...British Racing Motors (BRM) powstało tuż po wojnie. Zespół założyli Raymond Mays i  Peter Berthon. Przed II Wojną Światową Mays budował on auta wyścigowe pod marką ERA, miał też dostęp do dokumentacji przedwojennych samochodów wyścigowych Mercedesa i Auto Union. No i fajnie, była wiedza techniczna jak zbudować szybkie auto (przynajmniej teoretycznie). Była też fantazja. BRM miał być tak brytyjski jak to tylko możliwe. Zespół miał być finansowany na zasadzie funduszu powierniczego przez brytyjski przemysł samochodowy. Każda śrubka w dopiero mających powstać samochodach, miała być brytyjska! Przynajmniej takie było założenie...Niestety, sposób finansowania projektu sprawił, że organizacja zaczęła się mocno rozrastać nawet zanim ktokolwiek zasiadł do choćby naszkicowania jakiegokolwiek elementu - każdy z inwestorów chciał mieć swoich ludzi i miał własny pomysł na to jak powinno wyglądać zarządzanie firmą. W 1947 roku w BRM był dział finansów, dział planowania, dział zarządzania produkcją, dział PR (czy jak to się wtedy nazywało). I do tego czterech projektantów i trzech kreślarzy. Czyli typowa korporacja, gdzie rozmaitych zarządzaczy itp. jest kilkukrotnie więcej od osób, które faktycznie umieją coś zrobić - BRM jeszcze nie zrobiło żadnego auta, a już wyprzedzało swoje czasy pod względem organizacyjnym. Wszystko to mieściło się zaś w starej stodole.Projektantów i kreślarzy powinni byli w tym momencie uciec jak najdalej. Ale jednak zabrali się do pracy. Myślicie, że tak niewielki zespół projektowy powinien zabrać się za zrobienie prostego i lekkiego auta z nieskomplikowanym, bezawaryjnym silnikiem? A gdzie tam! Raymond Mays miał pomysł na silnik i nie zamierzał z niego rezygnować tylko dlatego, że są jakieś tam trudności organizacyjne.Regulamin Formuły 1 powstał już w 1946 roku (choć do pierwszego wyścigu było jeszcze daleko). Przynajmniej we wczesnej formie. Dopuszczał on do rywalizacji auta z silnikami wolnossącymi o maksymalnej pojemności 4,5 litra lub doładowane o maksymalnej pojemności 1,5 litra. Mays postanowił skupić się na tej drugiej opcji. Stwierdził, że jakby zrobić taki mały silnik z doładowaniem tak, żeby osiągał wysokie obroty, to będzie moc. No będzie, tylko żeby wysoko kręcić to trzeba mieć lekkie tłoki i korbowody. A jak mieć lekkie tłoki i korbowody.? No im mniejsze, tym lżejsze... Więc jakby zrobić dużo tłoków i korbowodów, to będzie można kręcić wysoko i będzie pojemność 1.5 litra. No i stąd powstał pomysł zmajstrowania 1.5 litrowego V16 doładowanego dwubiegową sprężarką odśrodkową.Choć to V16 stworzono dość osobliwie - właściwie były to dwa połączone silniki V8, z napędem rozrządu zlokalizowanym pośrodku, sprężarką z jednej strony, a wałem napędowym podłączanym z drugiej (skrzynia biegów w nowym aucie miała być w układzie transaxle). Kąt rozwarcia cylindrów wynosił 135 stopni. Średnica cylindra to 49,53 mm, zaś skok tłoka: 48,6 mm. Rozrząd DOHC był napędzany zębatkami, dwa zawory na cylinder. Początkowo planowano zastosować wtrysk paliwa i podobno nawet to rozwiązanie testowano, jednak zdecydowano się pozostać przy klasycznych gaźnikach.  Silnik był aluminiowy, zaś wał korowy opierał się na 10 podporach. Smarowanie rozwiązano poprzez tzw. suchą miskę olejową.Swoją drogą ciekawie testowano sprężarkę - przy jej projektowaniu pomagał dział lotniczy Rolls Royce. Tamtejsi inżynierowie podłączyli nowy kompresor do sprężarki silnika Merlin (stosowanego m. in. w samolotach Spitfire). Przy okazji opracowali system klap w kolektorze dolotowym, mający zapobiec wybuchom sprężonej mieszanki - był to pierwszy tego typu system w silniku samochodowym. źródło: http://britishcarspecialists.comPewną niedogodnością było to, że w przeciwieństwie do bardziej popularnych kompresorów Roots, sprężarka w nowym silniku BRM sprawiała, że maksymalna moc była osiągana nagle i dopiero na bardzo wysokich obrotach. W każdym razie po testach owa dawała ona ciśnienie doładowania na poziomie 5,7 bara! Co w dysponującym pojemnością 1488 ccm silniku V16 dawało jakąś absurdalną moc. Nikt właściwie nie jest pewien jaką. Sceptycy twierdzą, ze było to około 440 KM. Sam Mays twierdził, że jego dzieło miało 600 KM (!) przy 12 000 obr/min. Inżynierowie Rolls Royce'a, na podstawie danych ze swoich testów stwierdzili, że jakby ten silnik zakręcić do 14 000 obr/min (co według nich było możliwe bez większych problemów), to miałby moc około 700 KM!Owszem, przedwojenne Auto Uniony nie były dużo słabsze. Ale potrzebowały do tego dużo większej pojemności!Pewną wadą było jednak to, że owo V16 było idiotycznie skomplikowane w produkcji - komponenty dostarczało łącznie 350 (słownie: trzysta pięćdziesiąt) przedsiębiorstw!W 1949 zamontowano ten cud techniki do nowo powstałego BRM Type 15 i połączono ze skrzynią biegów o pięciu przełożeniach, wzorowaną na tej z przedwojennego Mercedesa W165. Wał łączący ją z silnikiem przebiegał po lewej stronie kierowcy, nieco pod kątem. Pod kątem zawieszenia tylnego, samochód był wzorowany na przedwojennych rozwiązaniach Mercedesa, czyli oś de Dion. Z przodu zaś były wahacze wleczone. Gazowo olejowe amortyzatory były produkcji firmy Lockheed. Hamulce bębnowe (w późniejszej wersji tarczowe) dostarczał zaś Girling. Nadwozie zaprojektował Walter Belgrove ze Standard Motors.Zbiornik paliwa miał pojemność 50 galonów brytyjskich (227 litrów). Później zwiększono go do 75 galonów (340 litrów).W środku znalazły się wskaźniki ciśnienia oleju, temperatury cieczy chłodzącej i obrotomierz.   Auto było gotowe do jazdy. Ale o historii jego startów przeczytacie w drugiej części tej motohistorii!

Motohistoria: A'PEX A450, czyli jeszcze trochę Yatabe

AUTOBEZSENS

Motohistoria: A'PEX A450, czyli jeszcze trochę Yatabe

Zgodnie z  zapowiedzią, czas na uzupełnienie wpisu o Yatabe. Dziś przedstawiam historię pewnego ciekawego auta, które pojawiło się na tym torze.Japońska firma A'pex (później zmieniono nazwę na A'pexi, od A'pex Integration) powstała w 1992 roku. Zajmowała się i zajmuje produkcją rozmaitych części do tuningu. Od tłumików po ECU stand-alone. W każdym razie w drugiej połowie lat 90-tych postanowili, że zrobią samochód. Taką platformę demonstracyjną dla swoich produktów. Oczywiście opracowanie nowego auta od zera byłoby niezwykle trudne i kosztowne. Postanowili więc pójść nieco na skróty. Czyli drogą, którą od lat z sukcesami podąża niemiecki RUF - wziąć gotowe szybkie auto, mocno je przerobić i sprzedawać pod własną marką.No ale że tu mamy do czynienia z Japonią, to i samochód musiał być japoński. Wybór padł na Nissana Skyline GT-R R32.Gotowe auto, nazwane A'pex A450 zaprezentowano w 1997 roku. W stosunku do bazowego GT-R, znacznie zmieniono nadwozie - jedynymi elementami, które pozostały bez zmian były drzwi oraz dach. Z przodu zaś w oczy rzuca się sześć reflektorów i nowy wlot powietrza. A także intercooler widoczny przez zderzak. Z tyłu zaś zniknął jeden z symboli Skyline'ów, czyli podwójne, okrągłe światła. Zamiast nich zastosowano lampy o zdecydowanie prostszym kształcie. Cale nadwozie zostało też poszerzone - A450 mierzył na szerokość 1810 mm. Z całego auta usunięto też emblematy Nissana. Zamontowano zaś felgi Volk Racing F-Zero w rozmiarze 18x9. Auto ważyło 1495 kg.Samochód nie miał być nigdy autem typowo na tory wyścigowe. Raczej chodziło o stworzenie wygodnego i dość szybkiego GT. Dlatego wnętrze obszyto wysokiej jakości skórą i zamontowano w nim kierownicę Nardi. Na desce rozdzielczej zmieniono zaś wskaźnik ciśnienia doładowania (na taki wyskalowany do 1,5 bara) i prędkościomierz. Ten ostatni wyskalowano do 320 km/h.A skąd wzięła się nazwa A450? Od maksymalnej mocy 450 KM, osiąganej przez zmodyfikowany silnik RB26DETT (swoją drogą chyba jedyny element auta na którym zachowało się logo Nissana). W miejsce seryjnego układu dwóch turbosprężarek zastosowano pojedynczą IHI RX-6. Podobno silnik bardzo równomiernie rozwijał swoją moc. W przeniesieniu napędu zmieniono tylko sprzęgło na mocniejsze, bo resztę uznano za wystarczająco wytrzymałą.Zastosowano gwintowane zawieszenie A'Pex, choć z tak dobranym zakresem regulacji, by zapewnić przyzwoity komfort jazdy, a jednocześnie dać autu stabilność przy dużych prędkościach. Hamulce, o ile udało mi się ustalić, pozostawiono seryjne.Celem był samochód, który bez problemu osiągnie 280 km/h. I udało się to założenie spełnić. Podczas testu, właśnie na torze Yatabe, A450 rozpędził się do 283,4 km/h. Przy okazji pokazano, że nowy wygląd nie jest tylko na pokaz - przy tej prędkości auto zachowywało się bardzo stabilnie, dzięki dobrej aerodynamice. Oprócz tego zmierzono mu czas na 1/4 mili - 11,9 sekundy. W porównaniu do aut z poprzedniego wpisu nie są to może szczególnie imponujące wartości, ale przynajmniej były osiągane przy niewielkim wysileniu komponentów samochodu, a także przy zachowaniu wystarczającego komfortu.  A450 było sprzedawane za cenę 8 900 000 jenów. Nie jest jasne ile egzemplarzy powstało - na jakimś forum znalazłem informację, że tylko trzy. Jakiś czas temu w sieci pojawiło się ogłoszenie sprzedaży takiego auta, z silnikiem o mocy zwiększonej do 600 KM.A'pex A450 był dość osobliwym autem. Podczas gdy niemal wszyscy tunerzy Skyline'ów walczyli na Yatabe o jak największą prędkość, Apex postanowiło stworzyć GT-R'a który byłby szybki i jak najprzyjemniejszy w użytkowaniu na co dzień. Może i samochód nie był hitem sprzedaży, ale za to w ciekawy i wyróżniający się sposób demonstrował możliwości firmy. No i po latach doczekał się własnego wpisu na Autobezsensie, co chyba można uznać za jakieś tam wyróżnienie. Choć nie wiem, czy twórcy A450 byliby z tego dumni.

Motohistoria: Yatabe

AUTOBEZSENS

Motohistoria: Yatabe

Dziś będzie japońsko. Ale tak mocno japońsko. Nie chińskie felgi i naklejki z Domokunem na Civiku, tylko porządny JDM lat 90-tych i nie tylko. Konkretnie chodzi o wypomniane już kiedyś (przy wpisie o Mid Night Club) próby prędkości na torze Yatabe. Swoją drogą, gdybym wiedział jak trudno będzie stworzyć ten wpis, to nie wiem, czy bym się za niego zabierał - ustalanie co, jak i kiedy zajęło prawie tydzień (mało źródeł i niemal wszystkie po japońsku). No ale przynajmniej materiał wyszedł dość obszerny - zapraszam do lektury!Yatabe powstało jako tor testowy w Japonii. Zostało wybudowane w 1964 roku, na zlecenie Japońskiego Motoryzacyjnego Instytutu Badawczego (Japan Automotive Research Institute - JARI), przy udziale kilku producentów samochodów. Owal miał długość pięciu kilometrów i zakręty nachylone pod kątem trzydziestu stopni. Był pomyślany jako miejsce, gdzie można by testować zachowanie nowych pojazdów przy wysokich prędkościach.Pierwszy raz Yatabe stało się szerzej znane już szóstego października 1965 roku, kiedy Prince (czyli marka, która później połączyła się z Nissanem) przeprowadził tam próby przeznaczonego do wyścigów modelu R380. Kierowca testowy Yuiko Sugita pobił wprawdzie cztery rekordy prędkości, ale Yatabe nie było jeszcze zatwierdzone przez FIA, więc nowe wyniki pozostały nieoficjalne.W październiku 1966 roku Toyota przywiozła tam model 2000GT. Samochód był przygotowany przez Tosco (obecnie TRD) - niestety, nie wiem jakie zmiany były poczynione w stosunku do seryjnego egzemplarza. Choć podejrzewam, że były niewielkie i ograniczały się głównie do zmiany nastawów zawieszania, a pod maską nadal pracował 150-konny, dwulitrowy silnik Toyoty.W każdym razie żółte 2000GT, podczas trwającego 72 godziny testu, pobiło trzy rekordy prędkości i ustanowiło 13 nowych. Średnia prędkość z całego dystansu wyniosła 207,22 km/h. Tor był już zatwierdzony przez FIA, więc rekordy zostały uznane.Rok później, 8-go października 1967, na Yatabe powrócił Nissan (Prince), z kierowcą T. Yokoyama i modelem R380-II. Tym razem ustanowiono rekordy w siedmiu kategoriach.źródło: NissanTor przez kolejne lata był używany do testów nowych aut japońskich producentów, aż w latach 80-tych, zaczął się na nim pojawiać nieco inny typ szybkich pojazdów.Tuning w Japonii dopiero zaczynał się poważnie rozwijać. Do najpopularniejszych modyfikowanych aut w tamtych latach należały Nissany (Datsuny) 240Z S30, 280ZX S130 (w Japonii znane jako Fairlady Z) i Skyline DR30, a także Mazda RX-7 pierwszej generacji (SA22/FB) i Toyota Celica. Poza nimi, Japończycy próbowali też swoich sił przy modyfikowaniu importowanych aut. Po czym próbowali się nimi ścigać. Nie zawsze legalnie. Na autostradach i obwodnicach większych miast coraz częściej zdarzały się przypadki nielegalnych wyścigów. I to nie od świateł do świateł jak w USA, czy Europie. Tylko jazda aż do osiągnięcia maksymalnej prędkości auta (a przynajmniej zbliżenia się do niej).Zjawisko to zauważył powstały w 1981 roku magazyn Option (pełny tytuł: Option Exciting Car Magazine). Jego założycielem był Daijiro Inada (który później stal się też jednym z organizatorów salonu samochodowego w Tokio, a także serii D1 Grand Prix). Otóż w tym samym roku na potrzeby październikowego wydania magazynu, na torze Yatabe zebrano trzynaście samochodów, celem zbadania ich maksymalnej prędkości.Zaproszono profesjonalnych kierowców - auta prowadzili Takahashi Kunimitsu (kierowca wyścigowy) i Osamo Mochizuki (kierowca testowy Mitsubishi). Najlepszy, z samochodów wyprodukowanych poza Japonią, był Pontiac Trans Am, który osiągnął 246 km/h. Wśród aut japońskich najszybszy okazał się zmodyfikowany (choć nadal z wolnossącym silnikiem) Nissan 240Z - 257 km/h. Daijiro Inada wspomina, że jego własny samochód - turbodoładowany Nissan 280 ZX osiągnął 247 km/h. Cóż, dokładanie turbosprężarek do seryjnych aut nie było wtedy jeszcze dobrze rozpracowane. Trans Am przygotowany przez Trust oraz DeTomaso Panterana YatabeW każdym razie pomysł chwycił i postanowiono organizować kolejne takie testy. Na początku najszybsze auta osiągały około 250-260 km/h. Jednak już cztery miesiące po pierwszej imprezie, DeTomaso Pantera osiągnęło 300 km/h. Japońscy tunerzy wzięli się więc do pracy, by pokazać, że ich krajowe auta po odpowiednich modyfikacjach są w stanie konkurować z najlepszymi europejskimi i amerykańskimi pojazdami.To właśnie ten egzemplarz Pantery pokonał jako pierwszy barierę 300 km/hWkrótce Popularne Nissany serii Z (i nie tylko one) zaczęły zbliżać się do tego wyniku. Przy czym w większości (ale nie zawsze) nadal były to uliczne auta, pozbawione klatek bezpieczeństwa i tym podobnego wyposażenia. Profesjonalni kierowcy często odmawiali prowadzenia ich z takimi prędkościami. Wtedy za kierownicę siadał sam Daijiro Inada (później robili to także inni redaktorzy magazynu). Jednym z aut, które wspominał on najmilej była Celica M300 zbudowana przez HKS. Samochód powstał na bazie generacji A60 (znanej na świecie jako Celica Supra, a w Japonii jako Celica XX). Silnik 5M-GEU (2.8 litra R6, seryjnie 173 KM). Został kompletnie przebudowany i dołożono mu dwie turbosprężarki. Co ciekawe, zrezygnowano z elektronicznego wtrysku paliwa na rzecz gaźników! Po prostu HKS nie miało wtedy technicznych możliwości przeprogramowania seryjnego układu. Samochód miał dysponować mocą 600 KM. W grudniu 1983 roku, Celica M300 osiągnęła na Yatabe prędkość 301,25 km/h. Było to pierwsze japońskie auto, które przekroczyło barierę 300 km/h.HKS Celica M300Mocno wysilone auta, napakowane tuningowymi eksperymentami, rozpędzane do bardzo wysokich prędkości, często miewały awarie. Problemem były przeciążenia na mocno pochylonych zakrętach Yatabe. I pól biedy, jeśli to były tylko problemy z silnikiem. Niestety często zdarzały się też kłopoty z zawieszeniem. No i nigdy nie można było wykluczyć tego, ze nagle któraś z opon pęknie, nie wytrzymując obciążeń generowanych przez taką jazdę. Nie zniechęcało to jednak tunerów. Mine's, Top Secret, ABR, JUN, RE Amemiya, HKS i wiele innych - jeśli jesteście w stanie przypomnieć sobie nazwę jakiejś japońskiej firmy tuningowej aktywnej w latach 80-tych i 90-tych, to z dużym prawdopodobieństwem możecie założyć, że przywoziła ona swoje auta na Yatabe podczas imprez organizowanych przez Option.Auta oczywiście ciągle ulegały zmianie. Turbodoładowanie z ciekawostki, stało się normą. Początkowo najpopularniejsze Nissany serii Z, zostały wkrótce zastąpione modelem S13, później S14. A oprócz nich pojawiać się zaczęły modele 300ZX, Skyline'y GT-R R32 i R33, Mazdy RX-7 FC i FD, a także Toyoty Supra mk3 i mk4. Szczególnie lubiane były GT-R'ów i Supry mk4, gdyż ich silniki były (i są) bardzo podatne na modyfikacje. Co za tym idzie, wkrótce moce aut jeżdżących po Yatabe zaczęły przekraczać 1000 KM. Dysponujący 1100 KM Skyline R33 GT-R z firmy JUN, osiągnął w 1992 roku 332,67 km/h.JUN Super Lemon - zdjęcie z lat późniejszychZ resztą, nie tylko model GT-R był popularny. Niektórzy woleli nieco lżejszy, tylnonapędowy model GTS - seryjnie miał on w prawdzie słabszy silnik (RB20 DET lub RB25DET, zależenie od generacji), ale jego zmiana na mocniejszy (RB26DETT) nie była przesadnie problematyczna. Poniższy egzemplarz był w stanie osiągnąć 330,27 km/h:A oprócz aut z Japonii, redaktorzy Option testowali na Yatabe także auta zagraniczne. W tym np. Porsche 911, czy Lamorghini Diablo. Pewnego razu pojawiło się nawet Ferrari 512M przygotowane przez Koenig Specials. Niestety, uległo awarii zanim osiągnęło jakąkolwiek godną odnotowania prędkość. Było też kilka bardzo szczególnych aut - o jednym z nich będziecie mogli przeczytać w którymś z następnych wpisów (a może i następnym). Na pewno jednym z ciekawszych pojazdów testowanych na Yatabe był przygotowany przez RE Amemiya Lotus Europa  z silnikiem Wankla 13B pochodzącym z Mazdy RX-7 - samochód osiągnął 282,35 km/h:Cały czas było oczywiście coraz szybciej. Pod koniec lat 90-tych, 300 km/h osiągano już na wyjściach pochylonych zakrętach toru, zaś na prostych prędkości dochodziły do 340 km/h. W przypadku Porsche 911 Turbo 964 przygotowanego w firmie Promodet, było to dokładnie 340,44 km/h. Niestety, tuż po osiągnięciu tej prędkości, auto miało awarię.Niewiele wolniejszy był JUN 300ZX, który osiągnął 339,44 km/h (bez awarii). Niektóre źródła podają, że udało się także tym autem pojechać równe 340 km/h:Testy z końca 1997 są opublikowane na Youtube, w czterech częściach:pierwszadrugatrzeciaczwartaW każdym razie, ze względów bezpieczeństwa postanowiono zmienić formułę zawodów - zamiast sprawdzać prędkość maksymalną, robiono testy 0-300 km/h. Test rozpoczynał się startem 50 metrów przed jednym z zakrętów.  Choć z tą poprawą bezpieczeństwa można nieco dyskutować - mając już 300 km/h na liczniku i jeszcze kawałek prostej, mało kto po prostu zdejmował nogę z gazu. Szczególnie jeśli chodzi o kierowców i auta z Mid Night Club, którzy byli częstymi gośćmi na Yatabe.  Napis na szybie mówi wszystkoW każdym razie najlepsze auta były w stanie osiągnąć 300 km/h w poniżej 20 sekund. W przypadku Skyline'a R33 GT-R T-002 przygotowanego przez HKS, było to 17,64s!Zaś podczas testu w lutym 1999 roku, Skyline R32 przygotowany przez Veilside (pełna nazwa: Veilside R-1 StreetDrag osiągnął 300 km/h w 13,72 sekundy! Auto podobno miało ponad 1300 KM.Veilside R-1 StreetDragTest jednak różnił się od poprzednich - korzystano tylko z prostej, bez jazdy po zakręcie:Nadal jednak klatka bezpieczeństwa nie była wymagana. Co pewnego razu omal nie doprowadziło do tragedii. Kierowca wyścigowy Eiji "Tarzan" Yamada, podczas testu Nissana S14 przygotowanego przez Garage Mori (o ile udało mi się ustalić, auto było wyposażone w silnik ze Skyline'a GT-R), stracił panowanie nad kierownicą na wyjściu z zakrętu. Przy około 300 km/h, jego samochód wypadł z trasy na wewnętrzną część toru i dachował. Auto nie było wyposażone w klatkę bezpieczeństwa, jednak mimo to Yamada przeżył i po kilku dniach w szpitalu powrócił do domu. Ściga się do dziś w rozmaitych seriach wyścigowych oraz bierze udział w zawodach driftu.Wypadek jak i przejazdy 0-300 km/h wielu aut można zobaczyć na tym filmie:Jednak kilka lat później (na ile udało mi się ustalić, w 1999 albo 2000 roku - nie znalazłem dokładnej daty)  zdarzył się kolejny wypadek. Redaktor naczelny Option 2, Masa Saito zginął podczas jednej z prób na Yatabe. Daijiro Inada podjął decyzję o zakończeniu organizowania testów na tym torze (nie zrezygnował jednak z prób bicia rekordów prędkości, ale to zupełnie inna historia). Później próby 0-300 km/h wróciły, ale były organizowane na długiej prostej Fuji Speedway.Sam tor Yatabe nie przetrwał dużo dłużej. Instytut JARI wybudował inny tor owalny, o długości 5,5 km, gdzie także dziś przeprowadzane są testy wielu nowych aut. Jest on zlokalizowany na północ Tsukuby - można go zobaczyć na Google Earth: link. O ile udało mi się ustalić, na nim Option testowało pewnego razu Nissana GT-R R35.Yatabe zaś zaczęto powoli wyburzać. Przez jakiś czas można było znaleźć na japońskich blogach zdjęcia zarastających trawą części toru.Po czym i one zostały rozebrane. Dziś w miejscu toru są osiedla mieszkalne, drogi itd. Nie pozostał ani jeden fragment.Zaś jeśli chodzi o ściganie się... Cóż, niedaleko miejsca, gdzie był opisywany dziś tor jest Yatabe Arena. W budynku tym mieści się kilka torów do wyścigów zdalnie sterowanych modeli.źródło: speedhunters.comJako ciekawostkę podam, że w grze Gran Turismo 2 można spróbować swoich sił przy biciu rekordów prędkości tuningowanymi autami z lat 90-tych - był w niej dostępny pewien tor owalny. Choć nie nazywał się Yatabe, to jest najwyraźniej na nim wzorowany. O ile można stwierdzić, jego zamieszczenie w grze było inspirowane testami magazynu Option. Można było przeprowadzić na nim próby maksymalnej prędkości aut (oprócz tego był jeszcze pomiar czasu na 400m i 1000m, a także możliwość ścigania się z przeciwnikami). Jeśli ktoś nie ma dostępu do konsoli Play Station, to polecam skorzystać z emulatora ePSXe. Podobno taki sam tor był także w Gran Turismo 1, lecz nie mogę tego potwierdzić, gdyż nie miałem okazji w tą część zagrać Nie wiem także, czy ów trasa wystąpiła w późniejszych odsłonach serii.Tym Nissanem 300ZX udało mi się osiągnąć 375,52 km/h

Motohistoria: Gurgel Itaipu E150 i E400

AUTOBEZSENS

Motohistoria: Gurgel Itaipu E150 i E400

Ostatnio na poznajemysamochody.pl pojawił się artykuł o brazylijskich autach. I od razu mi przypomniał, że ja o tym temacie strasznie mało na Autobezsensie pisałem - raz tylko pojawił się wpis o FNM Alfaa Romeo Onça. Czas nieco nadrobić zaległości.Marka Gurgel jest dobrze znana miłośnikom brazylijskiej motoryzacji (o ile tacy istnieją). Renomę zdobyła budując pojazdy terenowe na bazie VW Garbusa, wyposażone w nadwozia z tworzyw sztucznych. Ale to nie znaczy, ze nie eksperymentowała z innymi rodzajami napędu.W 1974 zaprezentowano bowiem coś, co wyglądało na auto inspirowane trapezem:Nazywało się to Gurgel Itaipu E150. Nazwa nawiązywała do tamy i elektrowni wodnej Itaipu, znajdującej się na rzece Paraná, na granicy brazylijsko-paragwajskiej. Dlaczego akurat elektrowni? Ano dlatego, że byl to pierwszy w Ameryce Łacińskiej samochód elektryczny!Jako źródło napędu służył silnik elektryczny o mocy 3 kW (4 KM), przenoszonej na koła przy pomocy przekładni o stałym przełożeniu. Bieg wsteczny realizowano po prostu kręcąc silnikiem w drugą stronę - co można było wybrać przesuwając wajchę między fotelami. Za zasilanie odpowiadało dziesięć baterii 12V połączonych szeregowo. To one były powodem dość sporej masy autka w stosunku do jego wymiarów. Ważyły one bowiem aż 320 kg, podczas gdy cala reszta pojazdu miała masę 460kg. Razem dawało to 780kg. Itaipu E150 było dwuosobowe i miało wymiary (dł./szer./wys.) 2650/1400/1450 mm, oraz rozstaw osi wynoszący 1620 mm.Zasięg wynosił między 60 a 80 km zależnie od stylu jazdy. Maksymalna prędkość: 60 km/h. Czas ładowania baterii do pełna: 10 godzin. Na poniższym filmie widać jak to jeździ (w porównaniu do sporo nowszego elektrycznego auta Nova):Pojazd miał wejść do produkcji w grudniu 1975 roku. Niestety na przeszkodzie stanęła jego koszmarna jakość wykonania i ciągłe problemy wynikające ze stosowania technologii, której konstruktorzy dopiero się uczyli. Podobno Itaipu także koszmarnie się prowadziło. Wszystko to sprawiło, że zbudowano zaledwie około 20 sztuk, po czym poddano się i powrócono do robienia dziwadeł na bazie Garbusów.Ale nie na długo - już w 1980 roku zaprezentowano model Itaipu E400. Był to elektryczny samochód  dostawczy.Tym razem zastosowano silnik o mocy 10 kW, czyli 13 KM (choć niektóre źródła podają 8 kW). Co ciekawe, tym razem połączono go z ręczną skrzynią biegów z VW. Miała cztery przełożenia, plus wsteczny. Jeździło się tym jak zwykłym samochodem - wciskamy sprzęgło, uruchamiamy silnik i jedziemy. Podobno tylko przy zmianie biegów trzeba było się ze sprzęgłem obchodzić w miarę delikatnie by uniknąć szarpania.Zawieszenie i układ hamulcowy również pochodziły z aut VW.Itaipu E400 miał ładowność wynoszącą 400 kg przy masie własnej 1470 kg. Mierzył 3,82 metra długości i 1,63 metra wysokości (nie udało mi się znaleźć danych co do szerokości). Osiągał prędkość maksymalną 80 km/h, a zasięg wynosił około 100 km. Najlepszy wynik, jaki osiągnięto podczas testów to 127 km.W 1983 roku zaprezentowano wersję CD - z podwójną kabiną.Co ciekawe, ze względu na koszt baterii, rozważano ich wydzierżawianie użytkownikowi pojazdu. Coś takiego, jak obecnie stosuje Renault. Jak widać Francuzi nie wymyślili w tej kwestii nic nowego.Itaipu E400 całkiem nieźle sprawdzał się jako miejskie auto dostawcze do przewozu niedużych towarów. Korzystały z niego także np. firmy telekomunikacyjne.Niestety nie udało mi się znaleźć informacji, ile egzemplarzy tego pojazdu wyprodukowano.Co ciekawe, powstał także wariant benzynowy tego dostawczaka - nazywał się G800 i oczywiście miał silnik od VW. Masę własną udało się dzięki temu zmniejszyć do 1060 kg.Gurgel G800

Motohistoria: BRM H16

AUTOBEZSENS

Motohistoria: BRM H16

Dziś będzie historia jednego z najdziwniejszych silników w historii F1. Po raz pierwszy dowiedziałem się o nim lata temu, zanim w ogóle pomyślałem o założeniu bloga, odpalając starą grę Grand Prix Legends. Były w niej dostępne auta Formuły 1 z sezonu 1967. Wśród nich BRM P115. I właśnie przy nim była tabelka z danymi technicznymi, która wzbudziła moje zainteresowanie. Bo tam, gdzie w pozostałych autach widniało V8 lub V12, w BRM było... H16! Trzeba było więc poszukać informacji. No i dziś sobie o tym przypomniałem i postanowiłem zaprezentować na blogu.W 1966 roku wprowadzono nowe przepisy dotyczące silników w autach F1. Zamiast stosowanych do tej pory wolnossących jednostek o maksymalnej pojemności 1.5 litra, pozwolono na użycie albo 3-litrowych silników bez doładowania, albo 1.5-litrowych doładowanych. Wszystkie zespoły zdecydowały się jednak na trzymanie się budowy silników wolnossących. Trzeba było tylko zwiększyć pojemność. Wśród tych zespołów był BRM (British Racing Motors).Do tej pory, w autach BRM stosowano bardzo przyzwoity silnik V8 o pojemności 1.5 litra. Trzeba było więc zbudować coś takiego, tylko dwa razy większe. Inżynierowie Peter Berthon i Aubrey Wood zaproponowali stworzenie nowego V12. Ale nie poparto ich pomysłu. BRM chciał by nowy silnik był zbliżony do poprzedniego. I tutaj pojawił się pomysł Tony'ego Rudda i Geoff'a Johnsona. Stwierdzili oni, że jakby wziąć dwie jednostki V8, przerobić je tak, by kąt rozwarcia cylindrów wyniósł 180 stopni, a potem połączyć ze sobą, to wyjdzie doskonały silnik szesnastocylindrowy. Do tego relatywnie tani w opracowaniu (przynajmniej według początkowych założeń). Do tego zespół BRM miał już doświadczenie przy autach 16-cylindrowych. Do roku 1955 wystawiali w F1 doładowane kompresorem 1.5 litrowe V16, które było w prawdzie strasznie awaryjne, ale za to piekielnie mocne (temat dodany do planowanych wpisów).No więc zabrali się do pracy. Nowy silnik, składający się z dwóch leżących na sobie płaskich V8 miał dwa wały korbowe, połączone zębatkami. Co sprawiało mnóstwo problemów przy wysokich obrotach i wymagało bardzo dokładnego wyważenia obu wałów. Poza tym były głowice DOHC, po dwa zawory na cylinder. Założono, że będzie miał około 400 KM. Pojemność wynosiła 2966 ccm - średnica cylindra to 68,5 mm, zaś skok tłoka był równy 50,3 mm.Niestety, założeń co do mocy nie udało się spełnić. Silnik, oznaczony P75, początkowo miał zaledwie 280 KM przy 7500 obr/min. Do tego ważył aż 230 kg! Dla porównania, wprowadzony w 1967 roku, słynny Cosworth DFV ważył 168 kg w momencie zaprezentowania i osiągał ponad 400 KM.BRM P83Podobno, gdy jeden z pierwszych silników H16 dotarł do siedziby Lotusa (w 1966 roku startowali oni z silnikami BRM) potrzeba było czterech osób, by go przenieść z ciężarówki do hali, gdzie miał być zamontowany na samochód. Inżynierowie Lotusa żartowali, że silnik ważył niemal tyle samo, co cała reszta modelu 43, który miał być nim napędzany. Jakby tego było mało, dwa wały korbowe i sposób ułożenia cylindrów sprawiały, że środek ciężkości silnika wypadał bardzo wysoko. Do tego nie bardzo dało się go zamontować nisko, bo przeszkadzały kolektory wydechowe dolnych cylindrów. A jakby tego było mało, potrzebował dwóch chłodnic, dwóch pomp wody i dwóch rozdzielaczy. Tylko chłodnica oleju była pojedyncza. A dwie chłodnice to więcej płynu chłodniczego - czyli więcej kilogramów, niż w porównywalnych silnikach konkurencji. Mimo wszystko, silnik był dość solidny, by służyć jako element konstrukcyjny - coś, co Lotus opanował do perfekcji w późniejszym modelu 49. Silnik P75 był łączony z ręczną skrzynią biegów o sześciu przełożeniach.Do tego H16 okazał się mocno awaryjną konstrukcją. Przede wszystkim strasznie wibrował. Rozwiązano to dodając walki wyrównoważające. Ale te z kolei miały w zwyczaju odpadać i powodować kolejne awarie.Nawet w BRM zdawano sobie sprawę, że to nie jest silnik do wygrywania wyścigów. Dlatego przez większą część sezonu zarówno oni, jak i zespoły kupujące od nich silniki (w tym Lotus), używali starych 1.5 litrowych V8 o pojemności zwiększonej do 2.1 litra.BRM P83H-16 pojawiło się na torze już podczas pierwszego Grand Prix sezonu 1966, w Monako. Jackie Stewart jeździł nowym BRM P83 wyposażonym w ów silnik podczas treningów. Tak, P83 wyposażony w P75 - w BRM nie mieli zbytniej inwencji przy wymyślaniu oznaczeń silników i nadwozi. W każdym razie Stewart stwierdził, że wyścig woli pojechać starszym modelem, P261. Co okazało się słuszną decyzją - wygrał.Podobna sytuacja miała miejsce w Grad Prix Belgii - P83 było obecne na torze tylko podczas treningu. Tylko że tu Stewart zamiast doprowadzić P261 do zwycięstwa, wyleciał z trasy i omal nie zginął, gdy rozszczelnił się bak paliwa w jego samochodzie.Na Grand Prix Francji zespół przywiózł dwa P83. Szybki tor nawet sprzyjał tym pojazdom, jednak znów zdecydowano się użyć starych P261 - skrzynia biegów w P83 sprawiała zbyt dużo problemów. W tym wyścigu oba auta zespołu Lotus wystartowały jednak z H16. Oba nie dojechały do mety.Po czym podczas następnych trzech wyścigów, oba P83 zostawały w fabryce BRM, gdzie próbowano z nieszczęsnego H-16 zrobić coś, co daje nadzieję na przejechanie wyścigu bez rozsypania się.Testem miał być International Gold Cup na torze Outlon Park - wyścig niezaliczany do mistrzostw Formuly 1, ale rozgrywany na jej zasadach. Jackie Stewart i Graham Hill (w tamtym sezonie drugi kierowca BRM) zakwalifikowali się na trzecim i czwartym miejscu. Obaj przez jakiś czas byli na prowadzeniu. Po czym obaj musieli się wycofać przez problemy silnikowe.Niemniej jednak postanowiono, że Hill i Stewart pojadą szesnastocylindrowymi P83 w Grand Prix USA na torze Watkins Glen. W tym wyścigu zespół Lotus również miał skorzystać z silnika H16. Oba BRMy oczywiście znów nie dojechały przez problemy mechaniczne (choć tempo miały przyzwoite - cały czas utrzymywały się blisko czołówki). Na szczęście konkurencja też miała problemy techniczne i po kolei odpadała z wyścigu. Co sprawiło, że jadący szybkim, lecz ostrożnym tempem Jim Clark zdołał doprowadzić wyposażonego w P75 Lotusa 43 do zwycięstwa!Jim Clark w Lotusie-BRM z silnikiem H16, podczas GP USA 1966Na ostatnim Grand Prix tamtego sezonu, w Meksyku, oba P83 znów nie dojechały do mety.Przez cały sezon pracowano nad silnikiem P75 i znacznie poprawiono jego osiągi - moc maksymalna wynosiła teraz 395 KM przy 10 250 obr/min. Nadal jednak problemem była masa i awaryjność tej jednostki napędowej.Na sezon 1967 przygotowano też nowy samochód - BRM P115. Poprawiono chłodzenie, aerodynamikę i postarano się zmniejszyć masę. Niestety, samochód nadal był ciężki. Jego masa wynosiła 620 kg podczas gdy auta konkurencji ważyły niewiele ponad 500 kg. Do tego dochodził znany już z P83 problem z wysokim środkiem ciężkości.BRM P115Auto było gotowe dopiero w połowie sezonu, na Grand Prix Niemiec (na słynnym Nurburgring - wtedy jeszcze obejmującym Nordschleife). Stewart zdołał zakwalifikować się na trzecim miejscu. Po czym na piątym okrążeniu rozsypał się dyferencjał. Wcześniej z tego samego powodu odpadł jego kolega z zespołu, Mike Spence, jadący BRM P83.W następnym wyścigu, na torze Mosport (GP Kanady), Stewart wypadł z trasy. Zdołał powrócić na tor, ale podczas jego wycieczki poza drogę do silnika dostało się błoto (wyścig był rozgrywany podczas deszczu) i występ zakończył się kolejną awarią.Na Grand Prix Włoch, rozgrywanym na ekstremalnie szybkim torze Monza (wtedy jeszcze bez szykan), zespół zmodernizował nieco silnik, dzięki czemu osiągał on 420 KM. Stewart utrzymywał się w pierwszej dziesiątce, jednak na siódmym okrążeniu uderzył w barierę (podobno zaciął się gaz). Zjechał do boksów, by naprawić uszkodzenia, po czym wrócił na tor na ostatnim miejscu. Na 45 okrążeniu znów zepsuł się silnik.BRM P115W GP USA, BRM P115 odpadł zaś na 72 okrążeniu z powodu awarii układu wtryskowego. W kończącym sezon GP Meksyku, Stewart dojechał tylko do 24 okrążenia, po czym H16 znów się zepsuło. To był ostatni wyścig tego kierowcy w zespole BRM. Podobno odchodząc stwierdził, że ich silnik lepiej nadaje się na kotwicę statku niż do samochodu wyścigowego. Zaś do BRM przylgnęła nazwa "British Racing Misery".Na sezon 1968 BRM przygotował zupełnie nowy samochód - model P126 z silnikiem V12. Silnik ten był już w 1967 roku dostarczany zespołowi McLaren. Na pierwszy wyścig nowego sezonu, na południowoafrykańskim torze Kyalami, zespól przywiózł dwa egzemplarze P126 i jedyny powstały P115. Mike Spence postanowił po raz ostatni zaryzykować i ruszył do wyścigu modelem wyposażonym w silnik H16. Przejechał osiem okrążeń, po czym  awarii uległ system paliwowy. Nigdy potem silnik H16 BRM nie powrócił do Formuły 1. Niestety nie powrócił także Mike Spence, który zginął niedługo po tym wyścigu podczas treningu do Indianapolis 500.Oprócz występów w F1, wspólnie z Lotusem zbudowano jeden egzemplarz silnika H16 o pojemności zwiększonej do 4,2 litra. Miał on być zamontowany w Lotusie 42 wystawionym właśnie w Indianapolis 500. Jednak uznano, ze nie ma szans osiągnąć tym jakiegokolwiek wyniku i zamiast niego zamontowano V8 Forda.Ostatnia ewolucja silnika H16 BRMDo tego na początku 1968 powstała ostatnia wersja P75 - tym razem wyposażona w cztery zawory na cylinder i o nieco zredukowanej masie. Tony Rudd twierdził, że będzie miała 500 KM i masę 181 kg. Złośliwi twierdzili, że zamienił miejscami jednostki i faktycznie będzie to 181 KM i 500 kg. Wersja ta miała trafić do P115, jednak nigdy nie została w nim zamontowana - zespół BRM mial zwyczajnie dość swojego H16.

Zbiór dziwnych fur część 9

AUTOBEZSENS

Zbiór dziwnych fur część 9

Dziewiąta część zbioru dziwnych fur. Zapraszam do lektury!1. Isetta Mille MigliaWłoskiego Mille Miglia chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Swego czasu ten wyścig stanowił jedną z najbardziej prestiżowych imprez motoryzacyjnych. Najwięcej zwycięstw odniosły w nim auta włoskie. Jednak np. w 1940 sztuka ta udała się niemieckiej załodze Huschke von Hanstein/Walter Baumer jadącymi BMW 328 Berlinetta Touring. O czym marketing bawarskiej marki dumnie trąbi co jakiś czas do dziś. Mając nadzieję, że nikt w Alfie Romeo nie krzyknie, żeby się wypchali currywurstem, bo Alfa wygrała ten wyścig 11 razy i nie robi z tego wielkiej afery. W każdym razie, czternaście lat po tym sukcesie, na starcie pojawił się pojazd, który później stał się jednym z najciekawszych modeli BMW - Isetta. Wtedy, w 1954 roku, jeszcze pod marką Iso. I to pojawił się od razu w siedmiu egzemplarzach! Isetta z numerem startowym 2101, z włoską załogą Domenico Stragliotto/Adolfo Montroio było pierwszym pojazdem, który ruszył na trasę wyscigu - dokładnie pierwszego maja o godzinie 21:01. Auta ruszały na trasę po kolei, więc najszybsze samochody startowały dopiero następnego dnia rano. Tysiąc mil dalej, na metę owe mikrosamochody wjechały jako jedne z ostatnich. Ogólnie najlepsza załoga Isetty, w składzie Mario Cipolla / L. Brioschi (nr 2100), osiągnęła metę na 176-stym miejscu. Tuż za nimi dojechali Stragliotto/Montroio (nr 2101). Wyniki wszystkich Isett na obrazku poniżej:1954. źródło: link Jak widać tylko dwie z nich nie dojechały do mety. Biorąc pod uwagę, że do imprezy było zgłoszone 483 auta (!), a po drodze zdarzyło się wiele wypadków (w tym śmiertelne) to za sam fakt przejechania, w warunkach wyścigowych, około tysiąca ekstremalnie trudnych mil takim pojazdem, należą się wszystkim startującym Isettami wyrazy uznania! Do tego, Isetty zajęły trzy pierwsze miejsca w klasyfikacji "Index of Performance"! Czyli takie "jak szybko jedziesz w stosunku do tego czym jedziesz" Cały wyścig wtedy wygrał Alberto Ascari, jadący samochodem Lancia D24.W 1955 roku znów na starcie pojawiły się Isetty. Tym razem jednak poszło im nieco gorzej. Najlepszym kierowcą tego auta znów był Mario Cipolla. Osiągnął metę na 267. miejscu. 1955. źródło: link2. Panther ChevettePamiętacie wpis o marce Panther? No to dziś małe uzupełnienie. Otóż udało mi się znaleźć informację, ze poza opisanymi już wtedy na blogu dziwadłami, Panther stworzył też krótką serię przerobionych Vauxhalli Chevette. Auto bazowało na modelu HS, jednak w miejsce czterocylindowego, 16-zaworowego silnika 2,3 litra jaki był w niej montowany, zdecydowano się na użycie jego 8-zaworowego wariantu (pojemność nadal 2,3 litra). Za to dołożono turbodoładowanie. Niestety, nie znalazłem informacji jakie były jego osiągi. Podobno skrzynia biegów o czterech przełożeniach była wzięta od Vauxhalla Magnum i operowanie nią przysparzało sporych problemów.Chevette Panther miał bogate wyposażenie, w tym skórzaną tapicerkę i drewno na desce rozdzielczej, koła od wersji Blackwatch, a wszystkie emblematy Vauxhalla zostały zastąpione logo Panther.Jedyne zdjęcie jakie udało mi się znaleźćPowstała jakaś ekstremalnie mała ilość egzemplarzy Panther Chevette. Nie wiadomo, czy którykolwiek dotrwał do obecnych czasów. Znalazłem nawet informację, że powstał tylko jeden taki samochód i był używany jako auto testowe w fabryce Panther. Inne źródła powstają, że było ich więcej i ze były dostępne normalnie w sprzedaży. 3. Maybach V24Maybach to był ciekawy eksperyment. Wzięto S-klasę, wywindowano jej cenę do granic absurdu, zmieniono stylistykę i powstał konkurent Rolls-Royce'a. Okazał się jednak umiarkowanym sukcesem. Choć mi się akurat zawsze bardziej podobał od ostentacyjnego Rolls-Royce'a Phantom. W każdym razie, w czasach, gdy Maybach jeszcze był dopiero projektowany, założenia były nieco ambitniejsze, niż tylko podkręcona S klasa. Szczególnie założenia co do silnika.Po internecie krąży jedynie wizualizacja jak miałby wyglądać V24 MaybachaOtóż początkowo pod maską tego auta miał się znaleźć silnik o dwudziestu czterech cylindrach! Miał on powstać z połączenia wspólnym wałem dwóch silników V12 serii M120. Pojemność miała wynosić około 12 litrów (choć niektóre źródła mówią nawet o piętnastu), maksymalna moc zaś miała być na poziomie 1000 KM. Silnik miał być doładowany kompresorem i zapewniać bardzo duży moment obrotowy.Silnik miał być zaprezentowany razem z planowanym wariantem coupe Maybacha, jednak plany te nigdy nie doszły do skutku - podobno brakowało przede wszystkim skrzyni biegów pozwalającej zapewnić bezawaryjne przeniesienie tej mocy i momentu obrotowego na koła. Koszt budowy tego silnika też nie był bez znaczenia.O ile udało mi się ustalić, nie powstał nawet jeden egzemplarz tej jednostki napędowej.

Motohistoria: Napier, Packard, Bentley, Motörhead

AUTOBEZSENS

Motohistoria: Napier, Packard, Bentley, Motörhead

Dziś będzie trochę muzycznie, trochę przedwojennie i trochę szybko. I głośno!Tylko najpierw podkład muzyczny. Jest to mój ulubiony utwór Motörhead, choć szkoda, że okazja do jego zaprezentowania na tym blogu jest dość smutna. Tekst nie ma w prawdzie związku z dzisiejszym tematem, ale sam zespół (a właściwie jego lider) już tak. Proszę odpalić najgłośniej jak to tylko możliwe (a najlepiej i głośniej): "The chase is better than the catch"!W tym roku świat muzyki stracił dwóch osobników, którzy przez kilka dekad stali się symbolami bezkompromisowego rockandrollowego grania i stylu życia. W listopadzie odszedł Phil "Philthy Animal" Taylor (perkusista Motörhead  w latach 1975-1984 i 1987-1992), a kilka dni temu świat ten opuścił Ian "Lemmy" Kilmister (wokalista  tego zespołu od początku do końca). Obaj już za życia stali się muzycznymi legendami i symbolami. A dla mnie Motörhead było (i raczej pozostanie) zespołem, który podziwiam i szanuję bezgranicznie. A także słucham niemal każdego dnia. Dlaczego o tym piszę na blogu motoryzacyjnym? Mimo nazwy zespołu, jego członkowie nie mieli zbyt wiele wspólnego z motoryzacją - słowo "motorhead" oznacza w końcu slangowe określenie osoby uzależnionej od amfetaminy. Zaś dwie kropki nad literą o dodano, bo fajnie wyglądały. A jednak to właśnie dzięki temu, że Lemmy pewnego razu potrzebował kierowcy, a Philthy Animal miał samochód, tych dwóch panów poznało się i w konsekwencji stworzyło dużo porządnej muzyki. Niestety, nie udało mi się znaleźć informacji jaki to był samochód. Ale raczej nie było to coś absurdalnego. Sprawiło to, że tworzenie wpisu motoryzacyjnego z Motörhead w tle nie jest łatwe. Sam Lemmy też nie poprawiał sytuacji - jak sam kiedyś powiedział, ostatni raz prowadził samochód w 1966 roku, gdy miał 21 lat i nie był jeszcze nawet członkiem Hawkwind, nie mówiąc już o założeniu Motörhead. Jego autem był wtedy kupiony za 36 funtów (nie wiem ile to by było dziś, po uwzględnieniu inflacji itd.) Chevrolet Coupe z 1952 roku, wyposażony w automatyczną skrzynię biegów. Lemmy'emu się ten samochód bardzo podobał. Ale niestety, pewnego razu, będąc prawdopodobnie w stanie nie do końca zdatnym do prowadzenia pojazdów mechanicznych, trochę namieszał przy obsłudze automatu i zamiast do przodu, pojechał do tyłu. Auto zostało mocno uszkodzone, a Lemmy zdołał tylko dojechać na najbliższą stację benzynową i przekazać komuś przypadkowemu kluczyki. Co się stało dalej z tym samochodem - nie wiadomo.To oczywiście nie jest egzemplarz Lemmy'egoAle jednak coś udało się ciekawego znaleźć, choć połączenie z Motörhead jest dość mocno naciągane. No ale w jednym wpisie są bezsensowne fury i jest Motörhead, więc chyba nie ma co się przejmować szczegółami. Do rzeczy:W Anglii od 1934 roku działa organizacja o nazwie Vintage Sports-Car Club (w skrócie VSCC). Oryginalnie powstała z myślą o mniej zamożnych osobach, posiadających starsze auta i chcących się nimi ścigać. Wedle wymagań klubu te "starsze auta" to były przynajmniej samochody pięcioletnie. Taka dygresja: teraz jak media i producenci samochodów próbują nam wmówić, że auto pięcioletnie to już staroć, to się irytujemy i mówimy, że kiedyś tak nie było i nikomu by nie przyszło to do głowy. Jak widać, było i przychodziło. Tak, wiem, inne czasy, inne warunki itd. No ale wracamy do tematu. W każdym razie problem ustalenia jaki ma być graniczny wiek samochodu powracał w klubie wielokrotnie, aż w końcu, w roku 1936 ustalono limit na 1930 rok. I tak zostawiono. Do dziś. Co sprawia, że auta osób zrzeszonych w tym klubie są dość osobliwe. Poza oczywiście oryginalnymi samochodami sprzed 1930 roku, jeżdżą (w odpowiednich klasach) rozmaite "składaki", gdzie niby rama z roku 1930 lub starsza, ale reszta części już niekoniecznie.I właśnie takim składakiem jest zbudowany w 1968 roku przez Davida Llewellyna samochód Napier-Bentley. Początkowo jednak to wcale nie był Bentley - auto powstało na podwoziu samochodu Sunbeam. Jednak po pewnym wypadku nie nadawało się ono już do użytku i zostało zmienione na podwozie Bentleya 8-litre z 1929 roku. Silnik natomiast przetrwał i został zamontowany ponownie. Jaki silnik? 24-litrowy W12 Napier Sea Lion. Silnik ten budowano w różnych wariantach 1917 roku jako Napier Lion - służył do napędu samolotów (a także kilku aut bijących rekordy prędkości). W 1933 roku powstał wariant do napędzania łodzi - właśnie Sea Lion. W opisywanym aucie ma on maksymalną moc 550 KM i maksymalny moment obrotowy 1898 Nm. W nadwoziu nie zostało wiele z Bentleya. Przód przypomina wręcz słynnego Napier-Railtona.Auto istnieje do dziś i jest używane na pokazach organizowanych przez VSCC. W 1999 roku jego właścicielem stał się Chris Williams. Po czym stwierdził, że skoro ma jedno takie auto, to może zbudować drugie. Tylko mocniejsze.No i zbudował. Znów jako baza posłużyło podwozie Bentleya 8-litre. I znów zamontowano na nim silnik z łodzi. Tym razem jednak była to jednostka V12 Packard 4M-2500 o pojemności 42 litrów. Używano jej w amerykańskich torpedowych łodziach patrolowych (PT-boat) podczas II Wojny Światowej. W wariancie zamontowanym w opisywanym aucie ma on moc maksymalną 1600 KM i maksymalny moment obrotowy 2700 Nm. Podwozie Bentleya musiało być mocno zmodyfikowane, by w ogóle zmieścić do niego tą jednostkę napędową. Trzeba było także przesunąć kolumnę kierownicy nieco na bok. Co sprawia, że kierownica zamontowana jest krzywo. Ale to nie problem, bo przy tej masie i mocy, auto i tak jest niezbyt sterowne. Co ciekawe silnik podłączono do oryginalnej skrzyni biegów Bentleya. Hamulce też są oryginalne.Nadwozie właściwie w ogóle nie przypomina Bentleya. Po bokach znajdują się zbiorniki na olej w kształcie torped - takie nawiązanie do tego w czym pierwotnie montowano te silniki.Budowa tego pojazdu zakończyła się w 2010 roku. Jak stwierdził sam Chris Williams, jest to "największe motoryzacyjne marnotrawstwo czasu, pieniędzy i inżynierii jakie kiedykolwiek zbudowano". Czyli na Autobezsens idealne!Podobnie jak jego poprzednik, Packard-Bentley, zwany "Mavis" również często pojawia się na pokazach VSCC. Oczywiście są to tylko przejazdy demonstracyjne - oba te auta są zbyt ciężkie, zbyt mocne, zbyt trudne w prowadzeniu by się nimi ścigać. Przynajmniej obecnie, w czasach kiedy wszyscy patrzą na bezpieczeństwo. Bo przed II Wojną Światową, szalone konstrukcje z silnikami od samolotów były relatywnie częstym widokiem na torach wyścigowych (kilka z nich skonstruował np. hrabia Zborowski). O nich też planuję w przyszłości wpisy, także proszę o cierpliwość.A tutaj mały test owego pojazdu:Ale ok, gdzie w tym wszystkim Motörhead? Otóż właśnie z Packard-Bentley'em związana jest pewna plotka - mówi ona, że przez pewien czas jego właścicielem był właśnie Lemmy. Osobiście wątpię, że jest w niej choć odrobina prawdy (choć w każdej podobno jest) - nie mam pojęcia po co facetowi, który prawie czterech dekad nie jeździł samochodami, taki pojazd. No ale jako pretekst do wpisu pasowała idealnie. A do tego jestem niemal pewien, że w tłumie artykułów żegnających Lemmy'ego nie znajdzie się drugi taki, który powstałby w kontekście bezsensownych pojazdów.Inna sprawa, że nawet jeśli ta plotka nie jest prawdziwa, to moim zdaniem głośny, potężny i potwornie mocny pojazd w starym, dobrym stylu, idealnie pasowałby do lidera zespołu grającego tak, jakby chciał pozabijać słuchaczy muzyką. I wielka szkoda, że nie będzie już nam dane usłyszeć równie potężnego "We are Motörhead and and we play rock and roll!".

Poznajemy sporty motorowe: Pro FWD

AUTOBEZSENS

Poznajemy sporty motorowe: Pro FWD

W jednym z ostatnich wpisów na automobilownia.pl autor stwierdził, że w FWD nie da się przenieść na drogę na prawdę dużych mocy. Oczywiście od razu po przeczytaniu tego, pojawił się u mnie zamiar, by pokazać że są auta, które temu stwierdzeniu przeczą. A do tego ludzie się nimi ścigają. Czyli kolejny wpis z serii Poznajemy sporty motorowe. Choć tym razem nie o całej dyscyplinie, a zaledwie o jednej klasie.Chodzi oczywiście o jeżdżące na 1/4 mili auta klasy Pro FWD. Początkowo jeździły w niej samochody bliskie seryjnym. Ale przez kilka lat ewolucji, powstały przednionapędowe dragstery, które mogły pokonać niejedno mocne RWD i AWD. Przyjrzyjmy się więc jak zbudowany jest topowy samochód Pro FWD. Jako przykłady posłużą Chevrolet Cobalt z Gardella Racing i Scion tC zespołu WORLD Racing.NadwozieNadwozie nie ma wiele wspólnego z seryjnym autem. Chromowo-molibdenowa rama przestrzenna na którą nałożono poszycie wykonane z włókna węglowego. Podłoga też jest wykonana z tego materiału. Kształt mocno różni się od tego, co możemy zobaczyć na drogach. Właściwie jedynym sposobem na rozpoznanie z jakim autem mamy do czynienia są naklejki imitujące światła i wlot powietrza. Gotowe do jazdy auto waży około 1065 kg (w przypadku Cobalta).źródło: speedhunters.comWnętrzeOczywiście odchudzone do maksimum. Choć w przypadku Chevroleta zachowano nieco deski rozdzielczej.źródło: speedhunters.comKierowca siedzi na niemal pozbawionym obicia, minimalistycznym fotelu kubełkowym - komfort prawdopodobnie ujemny, ale wystarczający na przejechanie 1/4 mili. A także na utrzymanie zawodnika na miejscu w razie wypadku.Scion ma zaś karbonowo-kewlarowy fotel Recaro Pro dostosowany do systemu HANS.źródło: speedhunters.comTablica wskaźników oczywiście zmieniona. W przypadku Cobalta jest to cyfrowy wyświetlacz Racepak V300 wyposażony w funkcję logowania.Choć Scion ma analogowe wskaźniki firmy Auto MeterKierownice oczywiście również nie mają nic wspólnego z seryjnymi (Scion ma np.kierownicę firmy MOMO). Wyposażone są w naby typu Quick-Release pozwalające szybko zdjąć kierownicę by ułatwić wsiadanie lub wysiadanie z samochodu.Do tego oczywiście shift-light pokazujący idealny moment na zmianę biegu. Zawieszenie i hamulceWbrew pozorom, jest to bardzo istotny element każdego dragstera. W końcu to od niego zależy przyczepność na starcie i stabilność auta podczas przejazdu.źródło: speedhunters.comCobalt wyposażony jest w regulowane amortyzatory firmy Strange oraz sprężyny Eibach. Scion używa komponentów firmy LambOczywiście najważniejszym elementem służącym do zatrzymania dragstera jest zamontowany z tyłu spadochron. Ale na wszelki wypadek oba opisywane samochody mają wysokiej klasy tradycyjne układy hamulcowe, oparte na karbonowych tarczach i klockach.źródło: speedhunters.comPrzednie koła są oczywiście wyposażone w opony typu slick przeznaczone do wyścigów na 1/4 mili (czyli o bardzo miękkiej ściance bocznej). Z tyłu mamy coś, co szerokością bardziej przypomina opony rowerowe. Jednak stawia bardzo małe opory toczenia i jest lekkie, więc pasuje idealnie.źródło: speedhunters.comPrzeniesienie napęduSkrzynie w obu autach są czterobiegowe, z pneumatycznym układem wybierania przełożeń. W przypadku Chevroleta jest to skrzynia Xtrac 390, zaś Scion ma skrzynię firmy Liberty. Do tego w przypadku tC wiadomo o sprzęgle Ace. SilnikNo i najważniejsza część każdego dragstera, czyli silnik. Regulamin klasy stanowi, ze auto ma być napędzane silnikiem czterocylindrowym, o maksymalnej pojemności 2,8 litra, wyposażonym w jedną turbosprężarkę. Jako paliwa można używać metanolu lub benzyny zatwierdzonej przez NHRA (czyli takie amerykańskie dragsterowe FIA). Blok i głowica muszą być oparte o seryjne elementy auta. Silnik musi pochodzić od tego samego producenta co reszta auta (skrajnie głupi przepis, biorąc pod uwagę, ile reszta auta ma wspólnego z seryjnym). Dozwolona jest zmiana jego ułożenia z poprzecznego na wzdłużne i tak też zrobiono w przypadku opisywanych dziś aut.źródło: speedhunters.comSilnik Cobalta bazuje na jednostce Ecotec GM. Pojemnośc nadal wynosi dwa litry. Dołożono mu jednak robioną na zamówienie turbosprężarkę firmy Precision. Maksymalne doładowanie wynosi około 4,8 bara. Jest też wodny intercooler, również firmy PrecisionOczywiście tłoki i korbowody zostały wymienione na dużo mocniejsze od seryjnych elementy. Zmianie uległy także wałki rozrządu.Za sterowanie odpowiada ECU FAST XFI. Układ zapłonowy i kontroler doładowania to elementy firmy MSD. Całość daje maksymalną moc 1675 KM. Tysiąc sześćset siedemdziesiąt pięć koni mechanicznych na przedniej osi. Najlepszym wynikiem osiągniętym przez ten samochód jest ET równe 7,15 sekundy. Czyli jak widać da się przenieść w FWD na prawdę dużą moc na drogę.źródło: speedhunters.comSilnik zamontowano najdalej z przodu jak to był możliwe, by przy przyspieszaniu dociążał napędzane koła.Nie znalazłem dokładnej specyfikacji silnika Sciona. Tylko tyle, że bazuje on na silniku 3RZ-FE, oraz że ma tzw. suchą miskę olejową. Moc jednak ma prawdopodobnie na tym samym poziomie co Chevrolet. Podobno jego najlepsze ET wynosiło 6,87 sekundy ale co do uznania tego rekordu są spore wątpliwości. PodsumowanieJak widać duża moc i FWD w pewnych warunkach może stanowić bardzo ciekawe i efektywne połączenie. Oto filmik pokazujący wyścig opisywanych dziś samochodów:Oba auta już w prawdzie nie pojawiają się na torach, a Scion jakiś czas temu był na sprzedaż za 100 tysięcy dolarów. Tańszą alternatywą jest jednak zdobycie gry NFS: Shift 2, gdzie można było się tym samochodem przejechać. Nie był on jednak w pełni odwzorowany - miał np. 6-biegową skrzynie zamiast 4-biegowej (no chyba, że w momencie powstawania gry zespół kombinował z użyciem właśnie takiej skrzyni, a potem się z tego wycofał i w grze już zostało).Nie sposób też nie przypomnieć pewnego polskiego auta, które również pokazywało, że efektywne przeniesienie dużej mocy na asfalt w FWD jest możliwe. Mowa tu o Hondzie Civic VTG, która jeździła w naszym kraju jeszcze parę lat temu, w czasie największej popularności polskich wyścigów na 1/4 mili.źródło: furious.plźródło: furious.plAuto to nie było aż tak zaawansowane jak opisywany Chevrolet i Scion - silnik nadal był ułożony poprzecznie, maksymalna moc wynosiła 570 KM. Jednak było w stanie pojechać 1/4 mili w czasie 9,439 sekundy, co jest na prawdę dobrym wynikiem (wtedy rekordem Europy). Szczególnie biorąc pod uwagę słabsze przygotowanie nawierzchni europejskich (a w szczególności polskich) torów w stosunku do ich amerykańskich odpowiedników. 

Motohistoria: Autobusy Giron

AUTOBEZSENS

Motohistoria: Autobusy Giron

Teraz wpis za który zabierałem się niezmiernie długo. Ogólnie mnie autobusy za bardzo nie ruszają. Ale na stronie zlomnik.pl (obecnie poznajemysamochody.pl) co jakiś czas ukazywały się obietnice, że autor zrobi wpis o kubańskich autobusach Giron. Jak widać, strona w międzyczasie zdążyła zostać zamknięta i powstać na nowo, a wpisu jak nie było tak nie ma. Jakoś mi ten temat nie dawał spokoju, więc zacząłem szukać informacji o tych autobusach samodzielnie. I szczerze mówiąc było jeszcze gorzej niż przy wpisie o Mid Night Club. Mimo, ze temat jest zupełnie inny. Źródeł jeszcze mniej, a te co są to zazwyczaj w języku, którego nie znam ani trochę. A im bardziej nic nie mogłem znaleźć, tym bardziej mi to wchodziło na ambicję i stwierdziłem, że zrobię wpis. Jakoś. No i jest. Przy pisaniu tekstu wspomagałem się mocno tą stroną http://www.ifriedegg.com/GironXII.htm. Google translate tak na tym działał, że po pewnym czasie zauważyłem, że więcej rozumiem z oryginału, niż z tłumaczenia. No cóż, zawsze to lekka znajomość nowego języka obcego mi się pojawiła.No ale po kolei. Przedsiębiorstwo nazwane później Giron powstało w 1959 roku. Nie jest jasne czym się początkowo zajmowało. Podobno remontami autobusów już jeżdżących po kubańskich drogach. W każdym razie po tym jak Fidel Castro zdobył pełnię władzy na Kubie, zarządzono, że będzie w nim produkcja autobusów. Pojazdy początkowo miały się nazywać Mambi, jednak decyzją samego Castro, zmieniono to na Giron. Plaża Giron (obok jest też wioska o tej samej nazwie) jest miejscem, gdzie Fidel odniósł ostateczne zwycięstwo podczas Inwazji w Zatoce Świń. Inna sprawa, że wioskę i plażę nazwano od słynnego francuskiego pirata, Gilberta Giron - został on tam stracony. Facet sobie spokojnie napadał na statki na przełomie XVII i XVIII wieku, a kilkaset lat później zrobili z jego nazwiska markę komunistycznych autobusów. Logiczne. W każdym razie powstał pierwszy autobus Giron (no, początkowo Mambi). Bazował na ciężarówce GAZ 63 - z niej pochodziło podwozie i silnik. I właściwie tyle o nim wiadomo.Giron I (Mambi). źródło: http://www.ifriedegg.comPotem zrobiono Girona II, którego można poznać z zewnątrz po tym, że miał inny wlot powietrza. Różnił się zaś mocno techniką - podwozie i silnik pochodziły od GAZa 153.Giron II - z fabryki wychodziły podobno w nieco lepszym stanie. Ale niewiele. źródło: http://www.ifriedegg.comGiron II. źródło: http://www.ifriedegg.comOgólnie pojazdy te były słabo wykonane, wentylacja była w nich koszmarna (przy kubańskim klimacie to musiało być odrobinę niekomfortowe), radzieckie silniki zużywały zaś gigantyczne ilości paliwa. No ale jakoś to jeździło.Potem zrobili Girona III, który nie wiadomo jak wyglądał i powstał w jakiejś pomijalnej liczbie egzemplarzy. Podobno był wzorowany na autobusach Leyland.A następnie powstał Giron IV. Od swoich poprzedników różnił się dość mocno stylistyką (o ile można o czymś takim mówić w przypadku autobusu). Nieco przypominał hiszpańskie autobusy Pegaso, których pewną ilość sprowadzono na Kubę.Giron IV. źródło: http://www.ifriedegg.comW każdym razie mechanicznie nadal był to GAZ 153. Pojazd służył bardzo często jako autobus szkolny.Dalsze zmiany stylistyczne przyniósł Giron V. Zmniejszono wysokość przednich szyb, co bardzo ucieszyło kierowców - nie dość, że ograniczyło to problemy z oślepianiem przez słońce, to sprawiało, że wnętrze autobusu nieco mniej się nagrzewało. Mechanicznie nie zmieniono niczego.Giron V. źródło: http://www.ifriedegg.comNastępnie rozważano w fabryce montaż węgierskich autobusów Ikarus. Nie wiadomo, czy powstał tam wtedy jakikolwiek ich egzemplarz, wiadomo jednak, że w tym okresie stworzono Girona VI wyposażonego w niektóre elementy nadwozia Ikarusa (szyby przednie, reflektory, tylną klapę, drzwi). Oczywiście nie zmieniono mechaniki i tym sposobem powstało coś na kształt krótkiej wersji Ikarusa 280 na podwoziu i z silnikiem GAZ-a. Kierowcy nie przepadali podobno za tym pojazdem, bo szyby od węgierskiego autobusu były wysokie i ze zwiększoną siłą powróciły problemy, które dopiero co wyeliminowano w Gironie V.Giron VI. źródło: http://www.ifriedegg.comOd lat 70-tych dwudziestego wieku, na Kubę importowano japońskie autobusy marki Hino. Pojazdy te ze względu na bardzo komfortowe zawieszenie, wysoką jakość wykonania i bezawaryjność (momo koszmarnych warunków serwisowych i wiecznego niedoboru części zamiennych) były bardzo lubiane zarówno przez kierowców jak i pasażerów. Jednak koszt ich sprowadzenia był spory. Dlatego podjęto decyzję o kupowaniu od Japończyków tylko podwozi z silnikami i montowaniu na nie karoserii własnej produkcji. Tak powstał Giron XI (nie mam pojęcia co się stało z VII, VIII, IX i X). Giron XI. źródło: http://www.ifriedegg.comPojazd nadal miał dobrą mechanikę, ale już jakość wykonania nadwozia i wnętrza pozostawiała wiele do życzenia. Twarde plastikowe siedzenia dla pasażerów, całość ogólnie wykonana jak najmniejszym kosztem. Dla użytkowników modelu XI, którzy pamiętali jak się jeździło w oryginalnych Hino, musiało ty być mocne rozczarowanie. Mimo wszystko był to i tak najlepszy z dotychczasowych autobusów Giron. No i pierwszy, który nie bazował już na mechanice GAZ-a.Giron XI. źródło: http://www.ifriedegg.comJego następcą był najsłynniejszy kubański autobus w historii - Giron XII. Nadal bazował na mechanice Hino, lecz tym razem miał nadwozie mocno oparte o hiszpańskie autobusy Pegaso 6035. Tak jak w poprzedniku, wnętrze nadal było spartańskie, z twardymi siedzeniami itd. No ale mechanika była dalej trwała. Dlaczego jednak ten autobus stał się słynny?Giron XII. źródło: http://www.ifriedegg.comOtóż pierwszego kwietnia 1980-go roku jeden z jeżdżących po Hawanie egzemplarzy Girona XII był centralnym punktem spisku dowodzonego przez Hectora Sanyustiz. Kierowca tamtego autobusu w pewnej chwili zatrzymał pojazd i oznajmił pasażerom, że muszą wysiadać, bo jest awaria i autobus musi natychmiast udać się do zajezdni. W środku został tylko on, Hector i trzech pasażerów (również biorących udział w spisku). Następnie autobus ruszył, rozpędził się i staranował ogrodzenie peruwiańskiej ambasady. Strażnicy otworzyli ogień, ale w zamieszaniu zginął tylko jeden z nich, a spiskowcom nic się nie stało. Sanyustiz i jego wspólnicy poprosili zaś o azyl. Peruwiańscy dyplomaci byli skłonni go im udzielić i zaczęły się przepychanki z władzami Kuby. W tym czasie wiadomość o wyczynie kierowcy autobusu rozeszła się po mieście i hawańczycy tłumnie ruszyli na ambasadę Peru. Przez rozwalone ogrodzenie na teren wdarło się około 10 000 (słownie: dziesięć tysięcy) osób i również poprosiło o azyl! No i po dalszych negocjacjach władz, go dostali. Po czym łodziami zabrano ich z Kuby. Pełna historia tutaj.Giron XII na "przystanku" w ambasadzie Peru. źródło: http://www.ifriedegg.comGiron XIII to już powrót do stylistyki Ikarusa. No i nic dziwnego, bo był to po prostu montowany na Kubie Ikarus 260 z kilkoma drobnymi modyfikacjami.Giron XIII. źródło: http://www.ifriedegg.comGiron XIII. źródło: http://www.ifriedegg.comPo czym postanowiono znów pobawić się w składanie autobusów z czego popadnie i powstał Giron XIV - mechanika Hino, nadwozie w znacznej części Ikarus. Plus jakieś tam własne pomysły. Powstało 350 sztuk.Giron XIV. źródło: http://www.ifriedegg.comPotem zrobiono Girona XV, czyli montowany na Kubie autobus dalekobieżny Ikarus 256.Giron XV. źródło: http://www.bus-planet.comGiron XVI zaś to Ikarus 280 - 434 sztuk przywieziono na Kubę już kompletnych i doczepiono im tylko emblematy Giron, zaś 205 sztuk zmontowano na miejscu.Giron XVI. źródło: http://www.bus-planet.comPo czym znów wrócono do składania autobusów z części różnych producentów - Giron XVII miał nadwozie Ikarusa, podwozie LAZ-a i silnik KAMAZ-a. Giron XVII. źródło: http://www.bus-planet.comPo czym historia kubańskiej fabryki przestaje być zupełnie opisywana. Najwyraźniej robili co popadnie z czego popadnie. Girona zamknięto zaś około 1990 roku i przebranżowiono na produkcję rowerów i motocykli. Utrzymano tylko produkcję części do autobusów. Ale czy ten stan utrzymuje się do dziś - nie wiem.Dlatego w zupełnie przypadkowej kolejności przedstawiam kilka modeli, o których cokolwiek udało mi się znaleźć.Giron XXII - coś podobnego nieco do Ikarusa 254, jednak różniącego się pozycją kierowcy.Giron XXII. źródło: http://www.bus-planet.comPlus Giron XXII T - wersja luksusowa powyższego. Na czym ten luksus miał polegać, nie napisano.Giron XXII T. źródło: http://www.bus-planet.comGiron TE - najnowocześniejszy autobus Giron, ale z czego go poskładali, to nie wiadomo.Giron TE. źródło: http://www.bus-planet.comZabudowa autobusu Giron na ciężarowce KAMAZ. Nie wiadomo, czy to dzieło fabryki, czy kubańskich wirtuozów mechaniki garażowej.źródło: http://www.bus-planet.comGiron Ciclobus. Czyli autobus specjalnie dostosowany do przewozu pasażerów z rowerami.Giron Ciclobus. źródło: http://www.bus-planet.comOprócz autobusów, Giron produkował też naczepy autobusowe źródło: http://www.bus-planet.comA tu wersja "samoróba":źródło: http://www.bus-planet.comA często też, gdy brakuje części zamiennych, zwykłe autobusy Giron stają się przyczepami. No bo autobus musi jeździć i wozić ludzi, nawet jak nie ma silnika.źródło: http://www.bus-planet.comNajlepiej jednak go nieco przyciąć i zamontować na ciężarówce. W końcu dla kubańskich mechaników nie ma rzeczy niemożliwych i takie rzeczy to oni robią niemal z zamkniętymi oczami.źródło: http://www.bus-planet.comA jak się dobrze rozkręcą to z autobusu zrobią pojazd na tory:źródło: http://www.bus-planet.comźródło: http://www.bus-planet.comOgólnie bardzo polecam przejrzeć galerię autobusów Giron i ich pochodnych na bus-planet: link!Zaś sam mam mały apel do miłośników autobusów, jeśli tacy czytają ten blog: jeśli widzicie jakiekolwiek nieścisłości (szczególnie jeśli chodzi o rozpoznanie modeli Ikarusów budowanych na licencji przez Giron) to nie wahajcie się mi ich wskazać w komentarzach. Tak jak wspomniałem na wstępie, autobusy zdecydowanie nie są czymś na czym się dobrze znam.Ale mimo to wpis powstał. Kawałkami i zajęło to kilka miesięcy walki z brakiem znajomości portugalskiego, brakiem źródeł, ale jest! A mogłem w tym czasie zrobić coś pożytecznego...

Handlowy Hit: Bugatti, działki i Orzeł Szczyt

AUTOBEZSENS

Handlowy Hit: Bugatti, działki i Orzeł Szczyt

Standardowe przypomnienie o głosowaniu na system komentarzy: tu klikać, czytać i decydować!!!. Pamiętajcie: będę Wam zawracał tym głowę do czasu, aż nie będzie tam wystarczającej liczby głosów!  A teraz wpis właściwy: Dziś osobliwy wpis, niezbyt poważny (jakby na tym blogu kiedykolwiek były poważne...) i właściwie nie do końca motoryzacyjny, gdyż nie będzie w nim żadnego auta. Otóż odkąd olx.pl wprowadziło opłaty za wystawianie ogłoszeń wszystkich samochodów, to sporo ogłoszeniodawców przeniosło się na serwis gratka.pl. Jak sama nazwa wskazuje, służy on do wyszukiwania gratów. No i graty faktycznie można tam znaleźć (choć nie tylko - ogłoszeń "normalnych" aut też jest sporo). Ogólnie jaka ktoś szuka pojazdu za kilka stów to jest tam w czym wybierać. Zdarzają się jednak ogłoszenia po przeczytaniu których nie wiem co myśleć. I dziś trzy takie osobliwości (kolejność przypadkowa).1. Orzeł SzczytCzyli Eagle Summit. W realnym świecie był to Mitsubishi Colt sprzedawany pod marką Eagle. W świecie internetowych ogłoszeń rzecz wygląda nieco inaczej. Skoro "summit" to po polsku "szczyt", to i góry znalazły się w ogłoszeniu zamiast zdjęć auta. Jeszcze tylko zdjęcia orła brakuje.http://moto.gratka.pl/tresc/19025091.htmlDo tego, z tabelki z danymi dowiadujemy się, że ów szczyt ma pojemność jednego litra, CNG, nadwozie kombi i 8 miejsc. Wszystko logiczne i normalne, cena 5 675 zł. Jeśli ktoś po prostu ma na sprzedaż uszkodzonego Eagle Summit na części to wybrał dość tajemniczy sposób na ogłoszenie tego światu. No ale przynajmniej tutaj można się przy pewnej dozie wyobraźni domyślić o co chodzi. Opisu w każdym razie brak2. Bugatti po raz pierwszyW podobnym stylu pisane jest ogłoszenie Bugatti EB110 za 54 444 zł. Też w tabelce z danymi znajdziemy osobliwości w rodzaju: pojemność 800 ccm, diesel, trzy miejsca. Tylko tym razem nie ma zdjęć. No w sumie do Summit to te szczyty można było dopasować, a co zrobić z autem nazywającym się EB110? Ja bym wstawił zdjęcie 110 butelek piwa marki EB.http://moto.gratka.pl/tresc/18274871.htmlOpisu także brak. Stan: nieuszkodzony. O ile jeszcze w ogłoszeniu Eagle się domyślam, że ktoś chce sprzedać Summita za 5 675 zł, to doprawdy nierealne wydaje mi się Bugatti EB110 za 55 444 zł. Jakieś pomysły o co może chodzić, drodzy czytelnicy?3. Bugatti działka editionWyobraźmy sobie, że chcemy kupić Bugatti Veyron. Otwieramy serwis ogłoszeniowy, wybieramy samochody osobowe, potem Bugatti i jest! No, nie do końca.W tytule ogłoszenia jest Bugatti Veyron w najwyraźniej jakieś limitowanej serii pod nazwą "Działka Hala Budynki gospodarcze Kwileń". Nie słyszałem o takiej. Okazuje się jednak, że przedmiotem sprzedaży jest tylko działka z budynkami gospodarczymi we wsi Kwileń. Jak widać na dwóch zdjęciach, w jednym budynku zamiast Bugatti jest karoseria jakiegoś auta. Znajomy miłośnik Fordów twierdzi, że Focusa.http://moto.gratka.pl/tresc/19705108.htmlNo tak, to w końcu absolutnie normalne, że szukając Bugatti Veyrona nagle zmieniasz zdanie i kupujesz działkę z resztką Focusa i budynkami. Bo Veyrona może mieć każdy z odpowiednią ilością pieniędzy, a działka w Kwileniu z nadwoziem od Forda jest tylklo jedna!. Jakie czasy taki ekscentryzm.Alternatywnie, zastanówmy się jak skomplikowane jest zadanie kogoś, kto chce po prostu kupić działkę z budynkami gospodarczymi położoną w tamtej okolicy. Szukanie w dziale nieruchomości nie przynosi efektów... Trzeba kombinować! Dział motoryzacja, przeglądanie Ferrari, Lamborghini, Rolls-Royce... nic! Nie ma! Tylko jakieś samochody! Aż w końcu, w ostatnim desperackim kroku nasz poszukiwacz zagląda do rubryki Bugatti i na jego twarzy pojawia się uśmiech! Jest ta wymarzona działka z budynkami gospodarczymi! Nic tylko jechać i kupować.4. PodsumowanieSzczerze mówiąc, to nijak nie mogę wymyślić, co kieruje osobami wystawiającymi te ogłoszenia. Mi się zawsze wydawało, że jak chcę to sprzedać, to ogłoszenie muszę umieścić tak, żeby było widoczne dla osób, które chciałyby to ode mnie kupić (czyli w odpowiedniej kategorii). A także opisać co mam na sprzedaż i dodać zdjęcia. I zazwyczaj się udawało dokonać transakcji. Powyżej zaś mamy przykłady podejścia totalnie odwrotnego. Taka anarchia sprzedażowa z łamaniem wszystkich możliwych konwencji i zwyczajów handlu. To jakiś wyraz buntu przeciw światu? Performance artystyczny?A może to jeszcze coś innego? Pamiętacie wpis o Mid Night Club? Tam osoby biorące udział w wyścigach ulicznych umawiały się na spotkanie przez ogłoszenia w gazetach. Może to jakiś nasz nasz polski Pół Noc Klub umawia się na ściganie przez ogłoszenia w internecie? Może taki członek klubu streetracer'ów wie, ze jak się pojawi ogłoszenie o Bugatti z działką, to należy wtedy jechać do wskazanej miejscowości na ściganie? I o północy, we wsi Kwileń, z zawrotnymi prędkościami i jeszcze bardziej zawrotną zawartością alkoholu we krwi, rywalizują kierowcy zajechanych Golfów "trójek", Oplów Astra F i BMW E36?Drodzy czytelnicy, macie jakieś pomysły na rozwiązanie tej zagadki?

Motohistoria: Mitsubishi Super Shift

AUTOBEZSENS

Motohistoria: Mitsubishi Super Shift

Przypominam o głosowaniu w sprawie systemu komentarzy na blogu - tutaj informacja o co chodzi i ankieta.A teraz wpis właściwy: Dziś znowu o dziwnej skrzyni biegów. Ale temat jest na czasie, bo obecnie producenci prześcigają się w tym, kto skonstruuje samochód z większą ilością przełożeń. I oczywiście jest to przedstawiane jako nowość, no bo kiedyś to małe autka miały skrzynie 4-biegowe, a dziś mamy przymiarki do do 9-biegowych. Tylko, że to żadna nowość. Otóż w latach 70-tych dwudziestego wieku Mitsubishi zaprezentowało model Mirage (w Europie znany jako Colt) wyposażony w osiem biegów!Ale po kolei. Aby w miarę tanio wprowadzić do produkcji pierwszą generację modelu Mirage, postanowiono skorzystać z tego, co fabryka już produkowała. Czyli między innymi z silników serii Orion. A były one projektowane z myślą o autach tylnonapędowych. Zamontowanie ich poprzecznie i napędzanie przednich kół Mirage'a przysporzyło sporych problemów. Poza gaźnikiem, który przy zmienionym położeniu nie bardzo chciał współpracować, szczególnie przy niskich temperaturach, sporym kłopotem było przeniesienie napędu.Ze względu na ilość miejsca, standardowa skrzynia biegów Mitsubishi o czterech przełożeniach znalazła się właściwie pod silnikiem. Żeby przenieść napęd na koła w tym układzie i nie uzyskać czterech biegów wstecznych i jednego do przodu, konieczne było zastosowanie dodatkowego wałka. Inżynierowie Mitsubishi stwierdzili, że zamiast tego wałka można tanio skonstruować dwubiegową przekładnię. Dzięki czemu każdy ze standardowych biegów można by było wybrać zarówno przy niższym jak i przy wyższym przełożeniu dodatkowej przekładni. Tym samym otrzymano łącznie osiem biegów. Plus dwa wsteczne! A do tego całość wyszła taniej, niż konstruowanie od zera skrzyni pięciobiegowej.We wnętrzu znalazły się dwa lewarki zmiany biegów: standardowy, do czterobiegowej przekładni i dodatkowy, z oznaczeniami "POWER" i "ECONOMY" służący do wybrania jednego z dwóch przełożeń dodatkowej skrzyni. Dzięki temu można było w teorii uzyskać niskie zużycie paliwa, używając długiego przełożenia dodatkowej skrzyni (czyli trybu "ECONOMY"). W praktyce jednak, osiągi w tym trybie były tak katastrofalne, że użytkownicy korzystali z niego tylko po osiągnięciu odpowiedniej prędkości, z którą zamierzali jechać dłuższy czas, np. na autostradzie. Nikt też za bardzo nie miał ochoty bawić się dwoma dźwigniami, żeby utrzymywać silnik cały czas w optymalnym zakresie obrotów podczas przyspieszania.Mitsubishi TrediaTak czy inaczej, całość otrzymała nazwę Super Select i w latach 1978-1990 była montowana do modeli Mirage (Colt), Cordia, Tredia i Chariot. W niektórych z nich, oznaczenia "ECONOMY" i "POWER" były zmienione odpowiednio na "E" i gwiazdkę. O tym, w którym trybie znajduje się skrzynia informowała lampka na desce rozdzielczej.Mitsubishi CordiaDodatkowo, Super Shift było też na wyposażeniu Dodge'a Colt i Plymoutha Champ, czyli Mitsubishi Coltów sprzedawanych na amerykańskim rynku pod tymi właśnie markami.Niedawno zaś zdarzyło mi się znaleźć Colta pierwszej generacji wyposażonego Super Select, na jednym z serwisów ogłoszeniowych. Cena wynosiła 18 500 PLN. Co tylko potwierdza starą prawdę, że jak trochę poszukać, to w Polsce znajdzie się egzemplarz niemal każdego auta jakie wyprodukowano.